Intensywność kolorów, piękne stroje kobiet, stragany oraz
sklepiki pełne owoców, warzyw i wszystkiego, czego dusza zapragnie. Coś
uroczego było w całym tym zgiełku i nieładzie. Trafiliśmy akurat na Diwali-
hinduskie święto świateł. Całe miasto mieniło się lampionami, a ulice
udekorowane były kwiatami.
W Kathmandu spędziliśmy dwa dni, po czym udaliśmy się do
Pokhary, gdzie znajduje się malowniczo położone jezioro Phewa (oczywiście mieliśmy okazję by popływać
łódkami). Stąd już tylko krok do Himalajów. A tam piękne, niewyrażalne w
słowach widoki, wodospady, górskie wioski, chatki urzekające swoją prostotą
oraz naturalnym wkomponowaniem w krajobraz. Droga przed siebie…
Obcej kultury i ludzi, dla których radość sama w sobie ma
sens. Mimo braku organizacji i jakichkolwiek przepisów drogowych nie zauważyłam
na twarzach nepalskich kierowców najmniejszego zdenerwowania. Energia chaosu
unosiła się spokojnie nad miastem.
A tymczasem każdy dzień był odkrywaniem nowego. Podróż na
dachu autobusu, czemu nie? Koza jako współpasażerka też brzmi całkiem
sensownie. Przestaje dziwić cokolwiek, pozostaje ciekawość świata.
Szczególne uczucia towarzyszyły mi podczas pogrzebów nad
rzeką Bagmati. Palone zwłoki wrzucane do rzeki stanowczo odbiegały tradycją od
naszych ceremonii
ODKRYŁAM
Inspirujący świat. Zrozumiałam, że to, co trudne można
pokonać.
Pierwszy dzień
trekkingu pozbawił mnie złudzeń łatwego dotarcia do celu. Ale każdy kolejny
tylko wzmacniał. Idealnie komponowało się to wszystko z warsztatami
psychologicznymi, które były częścią naszej podróży. "Odkrywanie mocy
osobistej" to temat, który Tomasz Teodorczyk świetnie dopasował do całej
wyprawy.
Celem naszej wędrówki było Sanktuarium Annapurny (4130m n.p.m.). Stąd
roztaczał się widok na ośnieżone szczyty gór …
Moje nepalskie zdumienia musiały mieć swój kres. Wyjeżdżając
z tego miejsca miałam świadomość, że doświadczenie tej wyprawy pozostanie we
mnie na zawsze. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła tam wrócić
Himalaje Indyjskie. Czas zmiany. Czerwiec 2006
Wojtek Pierga
Do ostatniej chwili nie
jestem zdecydowany. W końcowy weekend wyjazdu było zaplanowane dwudziestolecie
matury. Możliwość spotkania klasy po dwudziestu latach jest bardzo atrakcyjna.
Z drugiej strony, w Himalaje nie jedzie się co tydzień.
Na jakieś dwa tygodnie przed ostatecznym terminem decyzji dotyczącej
Himalajów wpadam na pomysł, by zaproponować przeniesienie dwudziestolecia. Moja
propozycja – wobec braku protestów – zostaje przyjęta na dwa dni przed tym terminem
i data spotkania zostaje przesunięta o tydzień, co otwiera mi szansę wyjazdu
bez dodatkowych rozterek.
W samolocie do Moskwy
podają lekki posiłek z chałwą. Oddaję chałwę Tomkowi, bo nigdy jej nie lubiłem.
Na lotnisku Szeremietewo
Tomek zadaje wszystkim pytania. Co ze sobą wziąłeś? Co zostawiłeś w kraju?
Powiedziałem, że zostawiłem telefon komórkowy, co w przypadku mojego zawodu i
roli, jaką w związku z tym przyjąłem, jest w moim mniemaniu rzeczą niezwyczajną.
Ale w samolocie do Delhi
widzę, że zostawiłem dużo więcej. Próbuję gotowanych brokułów. Do tej pory nie lubiłem
nawet ich zapachu w domu podczas gotowania. Teraz jem je nawet z pewną
przyjemnością. Idę za ciosem. Kolejny produkt, który omijam z daleka: topiony ser. I
znowu to samo. Całkiem smaczne. No to nie mam wyboru. Wcinam chałwę (to zapewne
perła deserów Aerofłotu). Coś się we mnie zmieniło. Tak szybko?
Wychodzimy z
klimatyzowanej hali lotniska w Delhi. Gorąco mimo nocnej pory. Jedziemy trzema
taksówkami. Styl jazdy znany z krajów Bliskiego Wschodu. Bez świateł, bez
lusterek, bez przejmowania się czerwonym światłem i pasami. Za to klakson w
ciągłym użytku. Jestem zrelaksowany. Patrzę na nieliczne krowy stojące przy
krawężnikach i ludzi leżących przy murkach. Cieszę się gorącymi podmuchami na
mojej twarzy. Dojeżdżamy na miejsce. Stare Delhi. Zapach moczu, kału, żar
bijący od murów. Mnóstwo mężczyzn śpiących pod ścianami. Między nimi śpią psy. Musimy
chwilami ich omijać, żeby nie nadepnąć. Reagują bardzo spokojnie. Psy również. Patrzę
na to z zaskakującej dla mnie perspektywy. Wolni ludzie. Bez dobytku. Niebojący
się, że ich ktoś napadnie i ograbi. Niebojący się, że ich pogryzą bezdomne psy.
Wolni ludzie.
Zostawiłem w Polsce dużo
więcej niż komórkę.
Na śniadanie idziemy do
baru „U Nepalczyka”. Nasza grupa zajmuje trzy stoliki. Wchodzę w drzwi
spóźniony - osobno. Przy czwartym, ostatnim, siedzą trzy osoby. Chyba się nie
znają – orientuję się później. Biała kobieta przy stoliku od razu uśmiecha się
do mnie, przesuwa o jedno krzesło i gestem zaprasza na ostatnie wolne miejsce w
barze. Na ścianie półka z książkami w różnych językach. Z głośników płynie
muzyka.
Dopada mnie strasznie
dojmujące poczucie więzi z tym miejscem. W ułamku sekundy rozumiem wszystkich
białych porzucających dostatnie życie w Europie lub Stanach i uciekających do
Indii na wiele lat. Mam w sobie tę możliwość. Bardzo żywą.
Dziękuję uśmiechem i
siadam razem z grupą.
Raczej wrócę do Polski.
W świątyni Sikhów nasza
grupa wzbudza ciekawość. Otaczają nas dzieci. Potem też dorośli. Ja ze swoimi
prawie dwoma metrami wzrostu jestem dodatkową atrakcją. Zaskakuje mnie - jak
zwykle - rozbicie stereotypu, który w sobie bezwiednie nosiłem. Brodaci
mężczyźni w turbanach o surowych twarzach, którzy z wieczornych wiadomości
kojarzyli mi się z separatyzmem, zamachami i zakrzywionymi nożami, są bardzo
uważni, serdeczni i otwarci. Uśmiechają się, zachęcają do robienia zdjęć, ochoczo
dzielą się swoim świętym miejscem i rytuałem. Widzę ich doskonałą organizację, staranie,
by duża liczba wiernych nie powodowała chaosu. Kierują tym wszystkim
zdecydowanie, lecz bardzo spokojnie. Jest w nich dużo łagodności i – tu
powtórzę – uwagi. Daję się ponieść śpiewnej recytacji świętej księgi. Siedzę na
drewnianym podeście pokrytym dywanami, opieram się rękami o podłogę i czuję w
nich wibracje instrumentów. Odbieram w wielu kanałach. Piękne dziecko przygląda
mi się uważnie. Oczy podkreślone henną nadają temu dwulatkowi jakąś
ponadczasową głębię. Nie sposób nie uwierzyć w reinkarnację. To bardzo mocna chwila.
Pozostanie ze mną na długo.
Grupa kobiet oddaje mocz
na chodniku. Jedna po drugiej, jakby był to jakiś rytuał. Długie zwoje materiału
pozwalają częściowo ukryć to, co się dzieje. Ale kobiety raczej się z tym nie
kryją. Wszystko dzieje się na skraju bardzo ruchliwej ulicy. Patrzę z pewną
fascynacją. Zauważam ślad po kimś, kogo w tym samym miejscu dopadła biegunka.
Nie marzę o tym, by w Warszawie zapanowały podobne zwyczaje, ale czuję w tym
jakiś porządek. Inny porządek
Inny porządek dostrzegam
też w ruchu ulicznym. Jestem zafascynowany. Zarówno jako pieszy, jak i pasażer
różnych pojazdów: taksówek, motoriksz i riksz rowerowych. Ani jednego otarcia.
Dużo hałasu i ... spokoju. Nawet ich utarczki są jakieś niegroźne i łagodne.
Potrafią się minąć o centymetry, wcisnąć w każdą wolną przestrzeń. Reagują na
każdą nową możliwość zmiany ruchu. Czują dynamikę ruchu innych pojazdów i nie
powodują żadnych skrajnych sytuacji, nawet jadąc pod prąd na rondzie.
Kilka lat temu byłem w
Kairze. Podobny zgiełk uliczny i wciskający się w nozdrza ostry zapach smogu
działał wtedy na mnie ogromnie drażniąco. Obiecałem sobie wtedy już nigdy tam nie
wrócić. Nie oglądać tego bałaganu i śmieci na ulicach. Nie oganiać się od
nachalnych sprzedawców.
Jakiś inny porządek we mnie
cieszy się teraz pobytem w Delhi.
Wyjeżdżamy pociągiem do
Kalki i docelowo chcemy dojechać do Shimli. Przez okno widzę wciąż wypięte
tyłki przy torach. Ktoś potem z rozczarowaniem powiedział, że nie widział
nikogo kucającego w polu. Czyżbym był wyczulony na punkcie publicznej
defekacji? Na pewno tak. Potem potwierdzą to moje kłopoty z przepełnionym
pęcherzem w kraju, gdzie każdy oddaje mocz, tam gdzie chce.
W pociągu pytam grupę,
czy mi się tylko zdaje, czy też naprawdę miejscowi zaczepiają mnie o wiele
częściej niż kogokolwiek innego z grupy. Grupa uśmiecha się do mnie jak do
naiwniaka. Oczywiście, że tak. Skąd ta wątpliwość. Zresztą kilka dowodów mam za
chwilę w trakcie jazdy.
Kilkunastoletni chłopiec
pyta mnie, skąd jesteśmy. Z Polski. A gdzie leży? Między Niemcami a Rosją. A
jakim językiem tam się mówi? Po polsku. Jest zadowolony. Wysiadając godzinę
później, żegna się ze mną bardzo serdecznie. Ściskamy sobie ręce.
W którymś momencie zmęczony
opieram głowę na dłoniach. Nagle czuję, że ktoś mnie delikatnie chwyta za
przedramię. Podnoszę głowę. Widzę studenta, który rozmawia z kolegami, stojąc
do mnie tyłem. To on trzyma mnie za rękę. Jestem już po jednym dniu w Indiach przyzwyczajony,
że przestrzeń między obcymi ludźmi jest tu zredukowana do zera. Opieranie się o
siebie, ocieranie, dotykanie – to normalne. Bardzo to polubiłem. A nawet wnoszę
do naszej grupy. Ale ta sytuacja jest dziwna. Poddaję się jej. Znów kładę głowę
na dłoniach. I wtedy czuję rytmiczne uciskanie mojego przedramienia. Znów
podnoszę głowę, ale student wciąż rozmawia i wcale na mnie nie patrzy. Ok. Jeszcze
raz opadam głową na dłonie. Uciskanie powtarza się wielokrotnie przez następne
minuty. To miłe.
Dojeżdżamy do Kalki.
Pociąg zwalnia. Sięgam do plecaka, by wyjąć płyn przeciw opalaniu. Pochylony
widzę przez małe okno Hindusa myjącego się tuż przy torach. W tym samym
momencie spotykamy się wzrokiem, uśmiechamy i machamy do siebie rękami. Cała ta
niezwykła chwila trwa może jedną sekundę. Pociąg jedzie dalej. Długo potem
myślę, na czym polegała magia tej chwili. Wciąż nie umiem oddać jej słowami. I nadal
pamiętam jej intensywność. Choć nie pamiętam twarzy tego człowieka.
W Shimli jest lekkie
zamieszanie organizacyjne. Nasz kierowca nie wie, gdzie ma nas wysadzić. Nie
mówi ani pół słowa po angielsku. Nie zauważamy drugiego samochodu. Jestem
poirytowany. Nie wiem, czy mamy dać się tu wysadzić. Czy mamy mu zapłacić?
Pojawia się Hindus mówiący po angielsku, ale tylko na tyle, by namawiać nas na
hotel i tragarzy. Czuję silne napięcie. Ale nareszcie pojawia się Andrzej.
Gdy ochłonąłem i
spojrzałem ponownie na całą tą sytuację, zrozumiałem, że źródło napięcia było
we mnie. Że z Polski przywiozłem potrzebę dopięcia wszystkiego na ostatni
guzik. Na sześć osób w naszym samochodzie tylko trzy czuły napięcie tak, jak
ja. Pozostałe były zupełnie zrelaksowane. Od tej chwili zaakceptowałem styl
pełnej improwizacji i braku pewności tego, co będzie pod koniec dnia. I
doceniam wysiłek Andrzeja, by pomimo w tej niepewności, czy będzie autobus, czy
droga jest przejezdna, czy wszyscy rano będą zdrowi, próbować prowadzić
wycieczkę według planu.
Wieczorem idziemy w deszczu do świątyni małp. Tam przyglądamy się
ceremonii. W pewnym momencie pomocnik bramina wyciąga bębny i zaczyna w nie
lekko bić, a sam bramin rozpoczyna długą wędrówkę po świątyni z kadzidłem.
Siedzę w rogu, czuję znużenie. Orientuję się, że zasnąłem, gdy zostaję
szarpnięty za rękę, bo wszyscy muszą wstać. Zrywam się szybko na nogi i wpadam
w sam środek rytmicznej kakofonii tworzonej przez bębny i dzwonki. Ogarnia mnie
ona tak mocno, że prawie nic innego do mnie nie dociera. Coś we mnie
natychmiast dostraja się to tych rozsynchronizowanych rytmów. Zafascynowany
patrzę na ręce i plecy prawego pomocnika i na jego gwałtowne ruchy, gdy uderza w
dzwonek. Tempo wzrasta. Chciałbym, by to się nigdy nie skończyło. Głośne
staccato dzwonków zamienia się w przeciągły, ostry, niekończący się dźwięk,
który wrzyna się w moją głowę. Ostatnie mocne uderzenie i powolne
wybrzmiewanie.
Bramin podchodzi do każdego z kadzidłem. Cisza i skupienie.
Wcześnie rano w Shimli
idziemy na autobus. Jestem nieco z tyłu grupy i znów zatrzymują mnie miejscowi.
Robimy sobie zdjęcia – ich aparatem, potem moim. Wszystko trwa tak krótko, że
chyba nikt z grupy tego nie zauważa.
Na dworcu widzę białą
kobietę w nieco niechlujnym stroju, z bezładną fryzurą. Całość kojarzy mi się z
podstarzałą hipiską, która już nie zważa na opinie innych. Rozmawia przez
okienko z kierowcą. Aha, czyli mieszka tu już jakiś czas. Jestem zaintrygowany:
niektórzy potrafią zmienić swoje życie pod wpływem impulsu. Kobieta zwraca się
do nas. Jest Czeszką, która dopiero przyjechała do Indii ze swoim partnerem. To
z nim rozmawiała. Tak jak my jadą do Kinnauru. Dociera do mnie, dlaczego się
pomyliłem. Kierowca siedzi po prawej stronie autobusu, bo w Indiach panuje ruch
lewostronny. I nie jestem przyzwyczajony, że pasażerowie siedzą tuż przy
przedniej szybie.
Tomek daje zadanie, by
zwrócić uwagę na trzy osoby i wymyśleć ich życiorys. Czeszka jest jedną z nich.
Dorabiam jej życiorys nieco oderwanej od rzeczywistości hipiski szczęśliwej tu
w Shimli, mimo ambiwalentnego odbioru jej osoby przez miejscowych. Drugą osobą
jest stara mieszkanka jakiejś mijanej przez nas wsi, która zwróciła moją uwagę
swoim rozbieżnym zezem, zębami, które jakby wyrywały jej się z ust, i dużą
uwagą, z jaką obserwowała ludzi na rynku, będąc jednocześnie jakby w innym
wymiarze i w sumie lekceważąc to, co się dzieje. Zobaczyłem w niej osobę
stojącą jedną nogą w innej rzeczywistości i bardziej skupiającą się właśnie na
niej. Trzeci jest mały mężczyzna z autobusu, nieśmiały i zahukany, próbujący
wszystkim zejść z drogi. Taki bez własnego wyraźnego zdania. Próbujący
przemknąć przez życie niezauważony pod murem, uniknąć wszelkich konfliktów.
Niegdyś podległy władzy rodziców, a dziś żony. Ta zabawa wyraźnie daje mi
odczuć, że przebija się do mnie potrzeba zluzowania kostiumu osoby przejmującej
się zewnętrznymi ocenami, racjonalnej i uporządkowanej.
W Sarahanie dopada mnie
rozwolnienie. A już uwierzyłem, że mnie ominie. Zadowolony popijałem lassi z
kwaśnego mleka i wcinałem owoce. Cóż, mam szansę rozwinąć w sobie nieco pokory.
Nifuroksazyd będzie moim towarzyszem już do końca wyjazdu. I tak mam szczęście,
że przy każdym ataku mam szansę na odrobinę odosobnienia lub wręcz toaletę. Z porannych
i wieczornych odgłosów w hotelu wnioskuję, że nie jestem sam w tej niedoli.
Cóż, inna flora bakteryjna. Ale w końcu to jeszcze nie powód, by nie pić lassi
i nie jeść ciapati z gazety przy straganie.
Wieczorem zaglądam
samotnie do małej kapliczki Bhimakali. Groźnie wyglądająca metalowa figurka w
centralnym punkcie pokazuje boginię trzymającą na kolanach wyciągniętego
człowieka. Bogini w rękach trzyma noże. Ewidentnie rozcina mu brzuch. Zadać
śmierć, by pozwolić na odrodzenie się w nowej postaci. Jest w tej figurze
metafora, która mocno na mnie działa. Już wielokrotnie pozwalałem umrzeć pewnym
częściom mnie, by móc pozwolić rozwinąć się innym obszarom. Ale to było
łagodne, długotrwałe, czasem niezauważalne. Teraz chyba jest pora w moim życiu
na duże zmiany. Coś bardzo chce umrzeć, coś chce się narodzić. Moja silna
reakcja na tę kapliczkę to potwierdza. Próbuję zabrać ze sobą część tej
energii, którą właśnie czuję.
Jedziemy jeepami wzdłuż
doliny. Droga wije się w górę ostrymi serpentynami. Chętnie bym zasnął, ale nie
daję rady. Jest mi trochę ciasno. Nie mam gdzie oprzeć głowy. Ale w którymś
momencie zapadam w taki stan półsnu. Głowę opieram na przedramieniu lewej ręki.
Widzę starszą Hinduskę wyciągającą do mnie dłoń z koszykiem pełnym owoców.
Próbuję po nie sięgnąć. Ruszam swoją prawą dłonią, która leży na moim kolanie i
wtedy uświadamiam sobie, że to sen. Ale go nie rozwiewam. Nie tracąc z zamkniętych
oczu koszyka, specjalnie sięgam po niego i zaciskam palce. Oczywiście palce chwytają
powietrze. Wtedy mam impuls, by zwrócić wciąż zamknięte oczy w dół i widzę
swoją dłoń. Długo oczekiwany przeze mnie element snu. Bardzo chciałem móc
zobaczyć swoją dłoń i swoją twarz we śnie. Postrzeganie dłoni miało być znakiem
świadomego śnienia. Ogarnia mnie radość. A może tak od razu zobaczyć twarz? Nie
wiem, czego oczekuję, ale podnoszę - wciąż zamknięte - oczy i widzę twarz
zawieszoną w powietrzu. Nie mam pewności, czy to moja twarz. Ma okulary
dokładnie takie, jakie wziąłem na wyjazd, ale rysy są niedokładne, jakby to
była rzeźba. Zaraz potem twarz zaczyna się zmieniać w inną, i potem jeszcze w
inną - najczęściej rysy tutejsze, ostre, wysmagane zimnym wiatrem i wysuszone
słońcem, ale są też i twarze łagodne, zatopione w medytacji, przypominające
częste na straganach figurki Buddy. Kierowca gwałtownie hamuje i wyrywa mnie z
tego stanu. Bezpowrotnie.
Z Chitkulu wracamy na
piechotę wzdłuż doliny rzeki Baspy. Tomek robi ćwiczenie z duchem miejsca. Mamy
znaleźć miejsce, które nas przyciąga. Ogrodzić je. Pobyć w nim. Poczuć je.
Wymyślić, co możemy w tym miejscu zostawić. Co możemy z niego wziąć.
Jest wczesne popołudnie.
Okolica jest urokliwa. Stoimy na łagodnym stoku wśród poletek i małych łąk,
które otaczają ogromne głazy. Pojedyncze drzewa przy głazach. W górze nieopodal
granica lasu. W dole z szumem płynie Baspa. Dolina rozdziela dwa strome pasma
gór. W oddali na wschodzie na końcu doliny widać ośnieżone szczyty Tybetu.
Moją uwagę przyciąga coś,
co wygląda na kapliczkę. Drewniany kwadratowy podest na czterech narożnych
słupach podtrzymuje stromy daszek. Pod daszkiem wisi jakaś zwierzęca czaszka i
trochę błyszczących ozdób.
Nie mam pewności, czy nie
naruszę miejscowych zasad, wchodząc do środka, więc planuję poszukać jakiegoś
głazu na brzegu rzeki. Ale kapliczka mnie nęci. Robię test. Wkładam do środka
plecak, patrzę na przechodzących miejscowych. Nie zwracają na plecak
najmniejszej uwagi. Zachęcony wyjmuję plecak i wchodzę sam. Przeszkadzają mi
buty, więc je zdejmuję. Skarpetki również. Siadam na środku podestu w pozycji
półlotosu, z twarzą skierowaną na wschód, gdzie rozciąga się przede mną piękna
panorama doliny, rzeki i białych szczytów na jej odległym końcu. Kontempluję
widok. Myślę o rzece: co niesie, skąd biegnie, dokąd można dojść idąc w górę
jej biegu. Słyszę jej uspokajający, jednostajny szum. Zamykam oczy i czuję
wiatr na plecach. Odbieram ten wiatr jako wspierający. Staram się wyciszyć
myśli. Wiatr w plecy dodaje mi otuchy i wzmacnia spokój.
Drętwieją mi nogi, więc
siadam na piętach się na sposób japoński. Ale w tej pozycji nie wytrzymuję
długo. Odczuwam twardość desek pod stopami i drętwienie stawów skokowych pod
ciężarem ciała. Podciągam palce stóp, dając wytchnienie stawom. Ale to też nie trwa
długo. Nagle wiem, że powinienem położyć się zwinięty w pozycji embrionalnej
głową w kierunku ruchu wskazówek zegara. Robię to i natychmiast wpadam w ten dziwny
stan półsnu. Czuję niebywałe zrelaksowanie całego ciała. Całe fizyczne
zmęczenie znika w ułamku sekundy. Wiem, gdzie jestem, że leżę, a jednocześnie
pod zamkniętymi powiekami zaczynam widzieć obrazy. Znów pojawia się twarz
wisząca w powietrzu. Bardzo spokojna, z przymkniętymi oczami, z lekkim
półuśmiechem. Po jej prawej stronie, nieco ponad nią, pojawia się coś czerwonego, drgającego, jakby
płomienie. I w tym momencie słyszę głos. Podrywam się i widzę miejscowego z
drewnem na plecach. Mówi mi, że to święte miejsce i nie można tutaj wchodzić.
Wychodzę, przepraszam. Mężczyzna nie wydaje się być zły lub urażony. Ucinamy
sobie krótką pogawędkę i żegnamy się przyjaźnie.
Kucam tuż poniżej
kapliczki na kamieniu i szybko wymyślam odpowiedzi na pytania z ćwiczenia. Leżą
w obszarze wzmocnienia wewnętrznej niezależności wobec zewnętrznych ocen i
opinii.
W Tabo mam dwukrotnie
wrażenie, że śniło mi się miejsce, które właśnie widzę. Jedno to dziedziniec
przed guest house świątyni buddyjskiej z jeepami i murkiem z młynkami
modlitewnymi. Kilka minut później to samo wrażenie mam w pokoju, w którym
właśnie spędziłem noc. To mógł być ten sam sen. Ale nic więcej nie jestem sobie
w stanie przypomnieć, więc pozostawiam to uczucie bez dalszych rozmyślań.
Ciekawe są wrażenia z
porannej pudży. Wstajemy około piątej, by się na nią wybrać. Monotonna
recytacja wielu głosów nie ma końca. Melodia gasnąca w jednych ustach, ma swoją
kontynuację w kilku innych. Dźwięki są chrapliwe, gardłowe. Gdy jesteśmy w
środku schodzą się kolejni lamowie. Jeden jest wyraźnie nieobecny duchem.
Popija czaj, patrzy za okno, zapewne na szczyty gór oświetlane wstającym słońcem.
Inny przysypia. Jego sąsiad trąca go łokciem. Słyszałem też później, że główny
lama dłubał palcem w nosie, ale ten akurat zwrócony był do mnie plecami i tego
nie widziałem. Wszyscy siedzą niedbale przygarbieni, kiwają się z boku na bok. W
środku robią przerwę na herbatę z mlekiem. Bardzo mi odpowiada ta
niezobowiązująca forma rytuału. Niezobowiązująca w moich oczach. Być może
przegapiam jakieś rygorystyczne przykazy.
W ogóle nie jestem senny,
choć o piątej to wstaję może ze trzy razy do roku. Wychodzę po zakończeniu pudży
bardzo wyciszony. Oglądam oświetlone wczesnym słońcem zbocza gór, robię kilka
zdjęć i mam te wspomnienia z dawnego snu. Patrzę na rozwijający się stragan pod
świątynią. Kupuję dzwonki i grającą tybetańską misę. Trochę się targuję. Potem
patrzę z ciekawością i przyjemnością, jak handlarz w rytualnym geście macha
otrzymanym przeze mnie banknotem nad straganem. Zapewne w intencji dobrego
zarobku w tym dniu.
Odłożyłem zegarek do
plecaka kilka dni temu. Nie włożę go już aż do powrotu do domu. W zamian noszę
blaszaną bransoletę z mantrą w sanskrycie, którą pod wpływem impulsu kupiłem
czekając w knajpce na śniadanie. Często patrzę na nią chcąc sprawdzić godzinę.
To odruch, bo odczuwam jej ucisk na nadgarstku podobnie jak wcześniej zegarka.
I ona mi uświadamia, że nie ma pośpiechu. Być może dlatego jest mi łatwo wejść
w inny rytm dnia, który czasami wypełnia głównie czekanie. Na obiady czekamy
godzinę lub dwie (inni nie są tak bardzo skłonni pozbyć się czasomierzy i
porównywania, jak długo czekamy w restauracji na realizację zlecenia). Czekamy
na autobus. Czekamy na dojechanie na miejsce. Na przesiadkę. Czekamy na
śniadanie, na obiad lub kolację. Na urzędnika. Na wydanie dokumentów. Na
sprawdzenie dokumentów. A właściwie nie czekamy. Jedziemy. Stoimy. Siedzimy.
Gadamy. Czas płynie. Nieśpiesznie.
Często słyszymy: „no
problem”. Dla mnie to wyrażenie jest
kwintesencją Indii, jakie poznałem. A dobrym tego przykładem była sytuacja, gdy
drogę autobusowi zagrodził kabel elektryczny, która z jakiegoś powodu opadła
nisko nad drogę. Konduktor od razu wszedł na dach autobusu i przeprowadził ten kabel
(była izolowany) nad dachem, wsiadł z powrotem do
autobusu i pojechaliśmy dalej. No problem.
Nocujemy we wsi Kibber na
wysokości ok. 4000 m n.p.m. Dwie osoby mają objawy choroby wysokościowej, więc
nad ranem jadą do niżej położonej miejscowości, w której będziemy spać
następnej nocy. Naszym celem tego dnia jest szczyt o niepewnej wysokości –
mapa, miejscowi i pomiar z poprzedniego pobytu Andrzeja podają trzy różne
liczby. Na pewno będzie to powyżej 5000 m. Wszystko nam sprzyja. Świeci słońce.
W miarę jak zdobywamy wysokość, cichnie zimny wiatr. Krótka aklimatyzacja nie
przeszkadza nam wejść na szczyt. Mocno odczuwam niskie ciśnienie i małą
zawartość tlenu w powietrzu. To pozwala docenić obrazy widziane wielokrotnie na
filmach pokazujących wysiłek przy zdobywaniu dużo wyższych szczytów. Na
szczycie pomiar GPS pokazuje, że wysokość wynosi 5120 m n.p.m. Zdecydowanie
najwyższy zdobyty przeze mnie szczyt. Ale wokół nas na horyzoncie sześcio- i
siedmiotysięczniki. To budzi moją chęć powrotu na prawdziwie trekkingową
wędrówkę po wyższych górach. Tylko nie tak wprost zza biurka. Oprócz
determinacji przyda się nieco kondycji fizycznej.
W drodze do Manali Andrzej
chce nam pokazać unikalne formy skalne utworzone w korycie rzeki. Wymaga to
skrętu w boczną drogę. Kierowcy pogubili drogę i rozjechali się, więc gonimy
pierwszy samochód. Jednak wracamy i mimo poważnych prac budowlanych na bocznej
drodze, ocierając podwoziem o kamienie, dojeżdżamy na miejsce. Widoki są naprawdę
warte zabiegów Andrzeja. Wsiadając do samochodu, słyszę pytanie: kto chce
jechać na dachu? Oczywiście ja. Wskakuję szybko na bagażnik dachowy, żeby nie
stracić okazji. Ale jestem bez czapki i okularów przeciwsłonecznych. Andrzej
patrzy na mnie z obawą. Jest bardzo słonecznie i wciąż jesteśmy wysoko.
Pożyczam czapkę i okulary, bo moje są schowane w plecaku. Ruszamy. Czuję
euforię. Jest niebywale. Na początku droga jest bardzo wyboista, więc jedziemy
powoli. Miejscowi i robotnicy drogowi rozbawieni machają do mnie przyjaźnie.
Też do nich macham. A nawet składam ręce i kłaniam się formalnie: Namaskar, jeśli tak mnie witają. Dobre
obyczaje obowiązują również na dachu samochodu, nawet jeśli grozi to wyrzuceniem
na wybojach.
Potem na asfalcie
samochody przyspieszają i robi mi się zimno, ale nie oddam tej euforii za komfort.
Bluza i tak jest w pierwszym samochodzie, więc nie ma praktycznego sposobu na
jej założenie. Pęd odczuwany całym ciałem i uczucie bezpośredniego kontaktu z
drogą i mijanymi miejscami to najpiękniejsza chwila w ciągu kilku ostatnich dni.
Kto przesiadł się z jachtu na deskę windsurfingową, wie, o jakim uczuciu mówię.
Warto za nie zapłacić obolałą miednicą od uderzeń o pręty bagażnika i przykurczem
palców po zejściu z samochodu.
W Manali wpadamy
gwałtownie w hałas, tłok, korki, brak miejsca i ludzi ocierających się o siebie
na każdym kroku. Pierwsze chwile to szok po bezkresnych przestrzeniach, gdzie
nawet domy często stoją sobie w sporych odległościach od siebie, a ludzie mimo
przyjaznego nastawienia utrzymują fizyczny dystans.
Następnego dnia idziemy
do starego Manali. Od razu rzuca się w oczy, że jest ono -
w odróżnieniu od nowego -
nastawione na westów i freaków. I tych nie brakuje. Hipisowskie klimaty, długie
włosy, dready, koraliki, pełen luz i dym snujący się nad głowami. Wraca do mnie
uczucie z drugiego dnia, ale w innej formie. Gdzie ja roztrwoniłem swoje lata
studenckie? Dlaczego mnie tu wtedy nie było? Odpowiedzi są oczywiste i trywialne:
wtedy wyjazd za granicę ograniczało szereg formalnych restrykcji i kwestie
finansowe. Ale w gruncie rzeczy za nimi stoi sympatia (z odrobiną zazdrości) dla
tych wszystkich białych snujących się nieśpiesznie między kafejkami i sklepami
z tanimi gadżetami, grających na bębnach, a nawet proszących o drobne rupie na
powrót do Delhi. Całości doskonale dopełniają krzaki marihuany dziko rosnące
przy drodze i domostwach.
Spędzam dwie lub trzy
godziny w sklepie z płytami. Siedzimy sobie naprzeciwko ze sprzedawcą i
prościutkim angielskim wymieniamy uwagi o Indiach, Radżastanie, z którego
pochodzi, muzyce i pogodzie. Sprzedawca pyta mnie, czy chcę herbaty lub coli.
Wybieram colę. Wybiega do sąsiedniego sklepu i przynosi dwie butelki – dla
siebie i dla mnie. Wiem, że jest w tym element psychicznego zobowiązania mnie
do zakupu, ale nie chcę tego rozpatrywać inaczej niż jako prostego, życzliwego
gestu. Jest gorąco, błogo i leniwie. Bardzo dużo płyt z tych, które mi
prezentuje, podoba mi się i mam kłopot z wyborem. Ewidentnie ma kolekcję
zebraną pod gusty zachodnie, bo gdy pytam o płyty z muzyką z bollywoodzkich
filmów, rozkłada bezradnie ręce. Wychodzę z siedmioma płytami i wyczyszczoną
kieszenią. Mam już tylko na jedzenie na te ostatnie dwa dni. Zaczynam liczyć po
każdym wydatku, ile mi zostało, i jestem tym bardzo rozbawiony.
Ostatniego dnia w Delhi
nie mam już pieniędzy, więc nie interesują mnie zakupy. Ale i tak kupuję
jeszcze jedną płytę. Rytmy z Pandżabu działają na mnie jak narkotyk. Słysząc je,
przestaję jasno myśleć. Muszę się więc zapożyczyć. Andrzej proponuje wizytę w
kinie. Dla mnie to świetny pomysł. Zetknę się z pełnometrażowym Bollywood po
raz pierwszy i to w takich okolicznościach. Nie można sobie było tego lepiej
zaplanować. Przy wejściu do kina przeszukują mężczyzn. Ale nas białych
puszczają bokiem wejściem dla kobiet. W sali kręcą się wiatraki poruszające
rozgrzane powietrze. Sala reaguje głośnym krzykiem i gwizdami w każdym
momencie, gdy przygasa światło z projektora. To rozumiem. Nie rozumiem tylko,
dlaczego ten projektor nagle oświetla tylko dolną część obrazu. Przy scenie,
gdy jedna z bohaterek wychodzi z autobusu ubrana po zachodniemu w spódnicę
niekryjącą kolan, znów podnosi się wrzawa. Ale kilkanaście minut później inna
bohaterka wykonuje wyzywający taniec w skromnym stroju pokazującym nie tylko
kolana, ale też brzuch i dekolt. Liczyłem na jeszcze większy krzyk. A tu cisza.
Za to emocje poniosły salę przy pierwszej scenie bijatyki. Tu nie ma niespodzianek, jeśli chodzi o film. Kung-fu to kanon walki
współczesnego kina niezależnie, kto produkuje film, gdzie i kiedy dzieje się
akcja. Ale nowa dla mnie jest temperatura odbioru tych walk. Wychodzimy jakoś w
połowie, bo całość ma trwać prawie trzy godziny. Trochę liczyłem na więcej
śpiewu i tańca, ale zostało to zrekompensowane bollywoodzkim humorem. Ten
oparty jest na wypróbowanych wzorcach kina slapstikowego i sprawdza się nawet w
warunkach nieznajomości języka. Film wart wydania dwudziestu pięciu rupii.
I znów hala lotniska w
Delhi. Wiem, że na pewno tu wrócę. Może jak podrosną dzieci, żeby też mogły
doświadczyć tego miejsca. Z pewnością będę próbował zachować część tego miejsca
po powrocie do kraju. Wiem, że to co zobaczyłem w sobie w konfrontacji z tym
miejscem, tymi obyczajami i tymi ludźmi, nie zdoła się tak łatwo ukryć.
Jak ten poszerzony ja zaistnieję
na powrót w Polsce?
Już to wiem, bo piszę to
miesiąc po powrocie, ale to jest zupełnie inna opowieść.