TOMASZ TEODORCZYK
PERSONA NON GRATA
O
wykluczeniach wewnętrznych i zewnętrznych
„Kiedy straciłam pracę, przez chwilę wszystko było
ok. Znajomi pytali, co zamierzam itp. Jednak po kilku
miesiącach zauważyłam, że staję się w jakiś sposób
„niewygodna”, że kontakt ze mną krępuje ludzi. Coraz
częściej myślałam o sobie w kategoriach nieudacznika
nie tylko życiowego ale i społecznego. Czułam się gorsza.
Zaczęłam zamykać się w domu a coraz rzadsze telefony
albo szybko zbywałam albo wręcz przestałam odbierać”.
Urszula
28 lat
„Jako dziecko czułem się inny, przenosiliśmy się ciągle
z miasta do miasta z racji na pracę matki. Na dodatek
byłem innego wyznania. Dzieci często były wobec mnie
okrutne, również dlatego, że nie miałem ojca. Kiedyś
ktoś z dorosłych powiedział mi, że nie należę do tego
środowiska. Pomyślałem sobie, że muszę być taki jak
wszyscy, podjąłem decyzję, że muszę zrezygnować ze
swojej inności. Tak się też stało, poczułem się lepiej,
bardziej „przynależny”, ale też mam uczucie, że straciłem
coś ważnego. Od tamtego czasu nie czuję się też twórczy
w swoim życiu”.
Krystian 50 lat
„Kiedy pierwszy raz wylądowałam w szpitalu psychiatrycznym,
poczułam się fatalnie ale jeszcze gorzej było jak wyszłam.
Mąż odszedł ode mnie, zabrał dzieci. Czułam, że to
wszystko przeze mnie, że nie sprawdziłam się jako matka
czy żona. Znajomym nie mogłam opowiadać o swoich przeżyciach,
były zbyt dziwne i straszące nawet dla mnie samej.
Wkrótce przyszedł następny pobyt w psychiatryku. Miałam
uczucie, że coś się za mną zatrzasnęło”.
Irena 32 lata
„Poznaję różne dziewczyny ale w tyle głowy mam cały
czas uczucie, czy jestem wystarczająco inteligentny,
przystojny i zamożny, żeby chciały się ze mną zadawać.”
Zbyszek
22 lata
Podobne wypowiedzi słyszę codziennie w swoim gabinecie
terapeutycznym. Ilość cierpienia związanego z doświadczeniem
własnej inności jest niewyobrażalna, podobnie jak degradacja
psychiczna, która jest jej konsekwencją. Z pewnego
punktu widzenia można by powiedzieć, że psychoterapia
jest niezwykle trudną próbą nauczenia człowieka, jak
poradzić sobie ze swoją najszerzej pojętą innością
nie wypierając czy marginalizując jej. Jak ją zaakceptować,
cieszyć się nią i wykorzystać w swoim życiu. Myślę
też, że stopień rozwoju społecznego można mierzyć poprzez
zakres tolerancji wobec inności psychicznej, fizycznej
czy duchowej.
Podobnie sądzę, że stopień indywidualnego rozwoju
psychicznego jest funkcją wewnątrzpsychicznej zgody
na wielość i różnorodność doświadczeń przeżywanych
przez jednostkę.
Mechanizmy obrony przed innością, czy to na planie
wewnętrznym czy zewnętrznym /społecznym/ są takie same,
takie same są też ich konsekwencje /depresja, agresja,
terroryzm/. Psychologia zorientowana na proces, bo
będziemy próbowali spojrzeć na wszystkie te zjawiska
z punktu widzenia tej metody, proponuje wprowadzenie
zarówno na planie wewnętrznym jak i zewnętrznym zasady
głębokiej demokracji, która stwarza niełatwą, ale jednak
nadzieję na rozwiązanie tych trudności. Nowatorskie
podejście tej koncepcji polega na spostrzeganiu występujących
trudności jako sygnałów na pewne procesy, które próbują
zreformować rzeczywistość wewnętrzną jednostki w równym
stopniu jak rzeczywistość społeczną.
DIVIDUUM Jeżeli patrzymy na jednostkę czy na grupę społeczną,
to zapewne jedną z pierwszych rzeczy jaka rzuci się
nam w oczy będą wewnętrzne podziały. Widzimy różne
podgrupy społeczne, klasy, subkultury itp. Różnobarwne
spectrum orientacji politycznych, światopoglądowych,
grupy o różnym statusie majątkowym i wszelkiego rodzaju
mniejszości. Oczywiście w każdej społeczności istnieje
tzw. główny nurt, który determinuje w największym stopniu
to, co jest określane jako słuszne czy właściwe, bez
względu na to czy dotyczy to orientacji seksualnej,
sposobu spędzania wolnego czasu czy tego, co aktualnie
jest „trendy”. „Szerokość” głównego nurtu tzn. jak
wiele różnorodnych zachowań i postaw jest on w stanie
pomieścić, określa stopień demokracji społecznej.
Na podobnych zasadach psychoterapeuta patrzy na jednostkę.
Widzi on jej „główny nurt” tzn. wszystko to, czym dany
człowiek jest lub czy chciałby być, i co w sobie akceptuje.
Obserwuje „rządzącą większość”, która na wzór parlamentarnej
większości decyduje o stylu życia, sposobie zachowania
wobec sąsiadów oraz kolorze kupowanych skarpetek Oprócz
tego terapeuta dostrzega „mniejszości” psychiczne,
różne doświadczenia, które są udziałem jednostki, ale
które są dla niej zagrażające poprzez swoją inność,
dziwaczność lub choćby przez to, że pozostają poza
jej kontrolą. Rzecz jasna określenie tego, co jest
inne czy dziwne zależy od danej kultury. W pewnych
rejonach Brazylii, gdy sąsiad przychodzi do sąsiada
i mówi, że widział za swoim oknem latającą krowę, to
oczywistym jest pytanie: „A jakiego była koloru?”.
Zapewne gdybym miał w Polsce podobne doświadczenie
wolałbym się nim z nikim nie dzielić.
Otóż te różne „mniejszościowe” doświadczenia mają
różny stopień trudności. Jeżeli jestem człowiekiem
grzecznym i kulturalnym i pewnego wieczora nadużyję
alkoholu po czym zrobię gospodyni karczemną awanturę,
to następnego dnia będę się czuł zapewne nieszczególnie
ale jeżeli dowiem się, że całowałem w usta gospodarza,
to w heteroseksualnej społeczności może to być dla
mnie tragedią. Jest to trochę tak, jak z krzywą Gaussa
– im dalej od środka tym rzadsze występowanie danego
zjawiska, a więc tym zasadniczo mniejsza tolerancja.
Dotyczy to oczywiście obu rzeczywistości, tak wewnątrzpsychicznej
jak i społecznej.
W rzeczywistości społecznej napotykamy jednak na szereg
bardzo trudnych dla jednostki mechanizmów. Jednym z
nich jest postawa podwójnych standardów, która sprawia,
że człowiek może się pogubić. Weźmy na przykład uzależnienie
od narkotyków. Z jednej strony społeczności odnoszą
się z odrazą i potępieniem do narkomanów, z drugiej
zaś na pierwszych stronach tygodników widzimy aktorów
i inne publiczne osoby, o których powszechnie wiadomo
/ z tychże tygodników /, że ćpają. Młodzi ludzie są
w ten sposób często ustawiani w sytuacji dysonansu
poznawczego, z którego trudno wybrnąć. Jest wiele innych
mechanizmów społecznych pokrętnego tolerowania „inności”
lub różnego odnoszenia się do tej samej cechy w zależności
od tego, kogo ona dotyczy.
Zasadniczym jednak podejściem do tych „mniejszościowych”
doświadczeń i zachowań jest ich patologizacja. Główny
nurt określa to, co jest normalne zarówno w jednostce
jak i w grupie.
METODY UTRZYMYWANIA STATUS QUO PRZEZ GŁÓWNY
NURT Większość społeczna określa normy oraz piętnuje i
patologizuje wszystko to, co poza nie wykracza. Im
więcej tego typu zjawisk w społeczności, tym większe
pojawiają się w niej napięcia. „Większość” we mnie
mówi mi, czym mam się chwalić, czego mam się wstydzić
a o czym w ogóle nie powinienem nikomu mówić. Im więcej
we mnie doświadczeń odbiegających od tych akceptowanych
przez „główny nurt”, tym większe powstają we mnie napięcia.
Zakresy tego, co jest dopuszczalne wewnętrznie i akceptowalne
społecznie często się pokrywają, ale nie zawsze tak
jest. Czasami mój świat wewnętrzny jest bardziej ograniczający
niż otaczająca mnie społeczność, a czasem daję sobie
więcej wolności w zachowaniach niż to jest zazwyczaj
aprobowane społecznie. Zależy to od wielu różnych czynników,
historii osobistej, hierarchii wartości, represyjności
społecznej itp.
Podstawowa metodą radzenia sobie z „mniejszościowymi”
doświadczeniami i zachowaniami jest ich eliminacja.
Działa tutaj zazwyczaj mechanizm, występujący też w
przypadku bolącego zęba. Na początek staramy się bagatelizować,
potem nie dostrzegać, następnie wierzymy, że za kilka
dni przejdzie, stosujemy własne, mniej lub bardziej
magiczne środki, wreszcie próbujemy usunąć przyczynę
bólu lub cały ząb. Usuwamy coś, co uważamy za nie swoje,
coś, co przeszkadza w sprawnym funkcjonowaniu. Na podobnych
zasadach społeczeństwo eliminuje grupy, które przeszkadzają
w osiąganiu pewnych celów, które większość uznała za
właściwe. Te cele mogą być bardzo różne w zależności
od społeczeństwa i kultury, mogą dotyczyć zwiększenia
dochodu narodowego albo podniesienia moralności. W
obu jednak wypadkach grupy nie poddające się celowi
większości będą przeżywały mniej lub bardziej ciężkie
chwile w zależności od stopnia fundamentalizmu społecznego.
Świat wewnętrzny człowieka rządzi się takimi samymi
zasadami. Każde z nas ma w sobie rządzącą większość,
system przekonań i ocen dotyczących tego, które nasze
aspekty, części, doświadczenia należy wspierać, których
się wstydzić, a które bezlitośnie eliminować. Każdy
dzień przynosi nam doświadczenia różnych naszych aspektów,
tych zgodnych z naszym obrazem siebie i tych innych,
które temu obrazowi często zaprzeczają. Rządząca większość,
tak społeczna jak i wewnątrz nas, jest zainteresowana
utrzymaniem się u władzy, zachowaniem status quo. To
jedna z dwóch podstawowych zasad rządzących ludzką
psychiką i życiem społecznym – drugą jest tendencja
do rozwoju. Historia społeczna ludzkości i jej jednostkowy
odpowiednik – pojedynczy człowiek, pokazują różne mechanizmy
wypracowane do obrony istniejącego stanu rzeczy. Ponieważ
podręczniki psychologii i socjologii pełne są opisów
sposobów radzenia sobie z inwazją „aliena” w nasze
życie, nie będę się na tym skupiał, chciałbym natomiast
zwrócić uwagę na ogromne cierpienie, które jest związane
z podtrzymywaniem podziałów, izolowaniem, czy też aktywnym
zwalczaniem „mniejszości” wewnętrznych i zewnętrznych.
Na poziomie intrapsychicznym najczęściej jest to związane
z postacią krytyka wewnętrznego. Reprezentuje on ten
nasz aspekt, który najczęściej broni dostępu do nowych
zachowań i postaw. Krytyk przybiera postać kogoś, kto
zawstydza, straszy, moralizuje, obwinia itp. za wszystko,
co nie jest związane z „głównym nurtem”. Jest tą częścią
nas, która jest zdolna zamienić nasze życie w koszmar.
„To jest poza słowami, to najgłębsze poczucie we mnie,
że nie powinienem istnieć, jeżeli nie jestem taki a
taki. Czuję to zawsze w tle wszystkiego co robię”.
Mężczyzna lat 40.
Podstawową trudnością, na którą napotyka każdy człowiek
i każda grupa jest to, że na dłuższą metę nie jest
możliwe satysfakcjonujące życie, które nie uwzględnia
CAŁOŚCI.
Nie mówię nawet o tym, że zamykanie się tylko w granicach
tego, co już znamy i co jest dla nas bezpieczne, na
dłuższą metę jest zatrzymaniem tendencji rozwojowych.
Jednak każda poważniejsza zmiana, czy jednostkowa czy
też społeczna, jest aktem niezwykłej odwagi a najczęściej
dzieje się w sytuacji przymusu, bądź też w chwilach,
gdzie nasza stara tożsamość przestaje nas ograniczać,
bo wiemy, że i tak za chwilę odejdzie. Dlatego właśnie
ludzie najczęściej czekają z dokonaniem najważniejszych
zmian w swoim życiu do momentu pojawienia się ciężkich
chorób lub innych tego typu sytuacji. Często osoby
w stanach bliskich śmierci dokonują tak wielkich i
wspaniałych przemian wewnętrznych i zewnętrznych, że
aż nie sposób nie zadać sobie pytania: „Dlaczego czekali
z tym tak długo?”
Jednak dla „normalnego” zjadacza chleba dokonanie
istotnej zmiany w życiu jest jak skok na banji dla
przeciętnie zdrowego 50 cio latka.
W związku z tym każdy człowiek i każda grupa wytwarza
mechanizmy, mniej lub bardziej pokrętnego tolerowania
„inności” /oczywiście z wyjątkiem tych, które są już
absolutnie nie do przyjęcia/. Są to mechanizmy typu:
„żeby wilk był syty i owca cała”. W sytuacji nierozwiązanego
konfliktu często jest to jedyne rozwiązanie, nasze
niechciane i odrzucane aspekty i tak domagają się zaistnienia,
są jak duchy, których nie da się wyeliminować. „Zabij
go, narodzi się nowy.” W ekologii systemu zamkniętego,
w jakim żyjemy, nie tylko ktoś musi podnieść rzucona
puszkę po piwie, ale również ktoś musi przejąć niechciany
pogląd czy wypartą myśl. Jest w tym nie tylko presja
czegoś, czemu broni się prawa do istnienia ale również
głęboka mądrość sił rozwojowych, które dokładnie zdają
sobie sprawę, że bez wprowadzenia nowych kamyków do
mozaiki nie powstanie jakościowo nowa konstrukcja.
Z tego względu powstają takie sytuacje jak symboliczny
Dr. Jekyll i Mr. Hyde, gdzie ta sama osoba próbuje
pogodzić sprzeczne tendencje w sobie, realizując jedną
w danym miejscu swojego życia , a inną w innym. Przypomina
mi się pewien biznessman, który w ciągu dnia wypełniał
swoje „głównonurtowe” zadania, a w nocy stawał się
kimś dokładnie innym, zaspokajając swoje „mniejszościowe”
potrzeby. Próby dopasowania się do wymogów społecznych,
które stoją w sprzeczności z wewnętrzną potrzebą mogą
skończyć się fatalnie. Pamiętam pewną młodą kobietę,
która cierpiała z powodu poczucia małej atrakcyjności
fizycznej, uważała, że ma zbyt małe piersi, i że to
jest powodem jej niepowodzeń w związkach. Po wielu
wahaniach zdecydowała się przejść operację powiększenia
piersi. Cóż z tego, skoro przyszła po miesiącu, mówiąc,
że nie może znieść faktu, że ma w sobie obce ciało!
Albo inna kobieta, która w imię pewnego stereotypu
zrezygnowała ze swojej nieprzewidywalności, zmienności
oraz różnych niekonwencjonalnych zachowań. „Uratowała”
swoje małżeństwo ale zaczęła cierpieć z powodu lęków
przed różnymi nieprzewidywalnymi zdarzeniami, które
mogłyby się jej przytrafić.
Przykłady można mnożyć. Ugrzeczniony i nadmiernie
zsocjalizowany dyrektor firmy cierpi z powodu koszmarów
sennych, w których strzela do ludzi, homoseksualista,
który z przyczyn religijnych nie jest w stanie zaakceptować
swojej orientacji seksualnej, przechodzi ciężką depresję
włącznie z próbą samobójczą itp.
Chcę przez to powiedzieć, że na dłuższą metę nie można
bez konsekwencji nie uwzględniać różnych swoich „mniejszościowych”
aspektów, podobnie jak w życiu społecznym zbyt długo
powstrzymywane i nie uwzględniane mniejszości w końcu
i tak rozsadzą istniejącą strukturę. Problem jest tylko
w tym, że wtedy, tak na poziomie społecznym jak i jednostki
ta zmiana dokonuje się w sposób rewolucyjny a rozbicie
struktury ma często krwawy lub dramatyczny charakter.
Choroby psychiczne są często związane z sytuacjami,
w których zbyt długo eliminowane procesy w końcu owładają
jednostką. Dotyczy to różnych zachowań czy aspektów,
najczęściej tych, wobec których jest bardzo duży opór.
Szpitale psychiatryczne pełne są osób, które zbyt długo
powstrzymywały i marginalizowały pewne aspekty siebie,
podobnie jak historia świata pełna jest krwawych rewolucji
wywołanych przez zbyt długo represjonowaną mniejszość.
Dzieje się tak z powodu różnicy rang, siły, którą
dysponuje rządzący główny nurt. Siła ta powoduje, że
mniejszości, wewnętrzne czy społeczne mają bardzo niewielki
margines ruchu.
Wiąże się to z bardzo poważnymi konsekwencjami.
SKUTKI NIE DOPUSZCZANIA MNIEJSZOŚCI DO WŁADZY Prześladowane grupy i jednostki, podobnie jak marginalizowane
aspekty nas samych, znajdują się w niezwykle trudnej
sytuacji.
„Nie mogę sobie pozwolić na bycie homoseksualistą.
Gdyby moi rodzice się o tym dowiedzieli, to by ich
zabiło.”
„Za każdym razem, gdy wychodzę na ulicę i na ścianach
domów widzę szubienice z Gwiazdą Dawida, zaczynam się
bać. Czuję, że wpadam w paranoję, zaczynam się rozglądać,
jakby wszyscy mieli mnie rozpoznać.”
Właściwie nie ma dla nich zbyt wielu możliwości. Mogą
albo zanegować tę część siebie, który jest przedmiotem
napiętnowania i zacząć zachowywać się jakby go nie
było. Na krótką metę jest to rozwiązanie, które nawet
wydaje się działać, jednak prowadzi to do stanów obniżonego
nastroju, zablokowania potencjału rozwojowego i stanu
łagodnej, chronicznej depresji.
Innym rozwiązaniem jest bunt i agresja. Długotrwałe
lekceważenie pozycji dowolnej mniejszości przez większość,
wraz ze wszystkimi zachowaniami akcentującymi rangę
i przewagę siły tej ostatniej doprowadza do powstawania
uczucia chęci zemsty, potrzeby rewanżu, długoterminowego
resentymentu, a na samym końcu do zjawiska terroryzmu.
Jest to ten moment, w którym racja danej mniejszości
jest tak ignorowana a nawet jej wyrażanie jest blokowane
przez większość, że desperacja i chęć zemsty przeradza
się w chęć ranienia i zabijania. Powstaje tutaj oczywiście
mechanizm błędnego koła, bo w tej sytuacji powstaje
dodatkowy argument, żeby, tym razem aktywnie, patologizować
i izolować mniejszość, jednak tym mechanizmem rządzą
emocje, a nie rozum.
Psychologia pozycji mniejszości przy braku świadomości
ze strony większości nieuchronnie prowadzi do poczucia
bycia szykanowanym bez możliwości zareagowania / mechanizmy
negowania istnienia spraw mniejszości nawet, gdy są
one powszechnie oczywiste, blokowanie kanałów informacyjnych
przez większość itp./ , co powoduje chęć „odpłacenia
się” i rewanżu, gdy tylko nadarzy się po temu okazja.
Ponieważ zjawisko to jest dobrze znane i opisane na
poziomie społecznym, skupię się na mechanizmie powstawania
„wewnętrznego terroryzmu”. W praktyce życia codziennego
oznacza to wszystkie sytuacje, w których na skutek
długoterminowego marginalizowania pewnych odczuć, potrzeb
czy zachowań, jednostka zostaje na krótszy lub dłuższy
czas owładnięta przez swoje nieuwzględniane aspekty.
Kobieta, która kiedyś byłą moją klientką, przyszła
do mnie z powodu koszmarnych snów, w których jej dzieci
były brutalnie uśmiercane. W trakcie sesji przyznała,
że nie może sobie też poradzić z napadami wściekłości,
w trakcie których krzyczy, a nawet zdarza się jej bić
dzieci. Wychowywała je od dłuższego czasu sama, mąż
ich opuścił, rodzina nie zdradzała specjalnej ochoty
do pomocy, a sama kobieta miała silny system przekonań,
który nakazywał jej być silną i dawać sobie radę ze
wszystkim. Efektem było, że nawet w najtrudniejszych
sytuacjach zwrócenie się do kogokolwiek o pomoc, stawało
się praktycznie niemożliwe, co jeszcze wzmacniało jej
poczucie winy. Jej całkowicie naturalne w tych warunkach
odczucie złości i stojąca za nią bezradność, czasowo
owładały nią, biorąc ją jako zakładniczkę.
Wystarczyło jedynie uspokoić ją, że nie jest złą,
sadystyczną matką, a jej złość ma swoje uzasadnienie,
żeby sytuacja w domu uległa poprawie.
Historia pewnego mężczyzny była nieco odmienna. Z
różnych przyczyn pracował on zbyt długo i za ciężko.
W związku z tym marginalizował swoją potrzebę wypoczynku
i zajmowania się swoimi sprawami. W pewnym momencie
zaczął cierpieć na tzw. „weekendową grypę”, która kazała
mu pozostawać w łóżku przez sobotę i niedzielę, w trakcie
których normalnie by pracował. I w tym przypadku „wewnętrzny
terrorysta” przeszkadzał mężczyźnie w osiąganiu celów
wyznaczonych przez większość. Początkowo doprowadzało
go to do rozpaczy, bo przecież „robota leżała”, jednak
szybko nauczył się doceniać mądrość tego swojego aspektu.
W tym przypadku efekt działania mniejszości, może
wydawać się wręcz zabawny ale gdy wypierane procesy
mają bardziej gwałtowny charakter, sytuacje, w których
w końcu przerywają one bariery i zabezpieczenia ustawione
przez „zwyczajną” tożsamość jednostki, mają bardziej
dramatyczny charakter. Symbolicznie opisuje to baśń
Braci Grimm p.t.: „Duch w butelce”. Uwięziony Duch
Merkuriusz przez pierwsze tysiąc lat obiecuje, że tego,
kto go uwolni obdaruje wszelkimi bogactwami. Przez
drugie tysiąc lat szczęściarz ma otrzymać zdrowie i
wielkie zdolności. Po tym okresie Duch Merkuriusz jest
już tak wściekły, że swojego wybawcę zamierza zabić
dając mu w ramach wdzięczności jedynie wybór śmierci.
Czasami w obliczu rozwścieczonej mniejszości nie mamy
nawet takiego wyboru.
Nasza tożsamość, obszar, w którym się „normalnie”
poruszamy, podlega nieustannym atakom ze strony „barbarzyńców”
– tych części nas, które pozostają w mniejszości i
nie są włączone w całościowy obieg energii psychicznej.
Próbujemy ich utrzymać poza granicami, jednak ostatecznie,
jak uczy nas tego historia, każde imperium padnie pod
ich naciskiem, przetrwają tylko te, które są w stanie
ich zasymilować i zintegrować, tracąc w ten sposób
dawną tożsamość ale zyskując nową jakość.
Podobnie jest z jednostką, opierając się naporowi
nie chcianych części siebie, ryzykuje ona w najlepszym
wypadku stagnację i brak rozwoju, a w nieco gorszym
objawy, które są zazwyczaj diagnozowane jako nerwicowe
bądź psychotyczne.
PODEJŚCIE PRACY Z PROCESEM DO KWESTII ROZWOJU
JEDNOSTKI Praca z procesem jest psychologiczną koncepcją, która
zajmuje się w dużej mierze rozpoznawaniem przejawów,
w jaki nasze marginalizowane aspekty próbują dobić
się do naszego życia, oraz pomaganiem jednostce w ich
oswojeniu i zintegrowaniu. Właściwe rozpoznanie tych
przejawów jest również określeniem kierunku, w jaki
próbuje się zmienić nasze życie. Oznacza to także wyznaczenie
drogi naszego rozwoju.
Otóż jedną z rzeczy, która odróżnia pracę z procesem
od innych kierunków psychologicznych, jest sposób,
w jaki rozpoznajemy te przejawy oraz metoda postępowania
z nimi. Zazwyczaj psychoterapeuta dysponuje ogromną
wiedzą przynależną do danej koncepcji, która mówi mu
w jaki sposób powstają zaburzenia psychiczne oraz jakie
cechy i mechanizmy psychiczne są uważane za właściwe
i korzystne dla rozwoju człowieka.
W pracy z procesem nie mamy żadnego pomysłu na temat
tego, jacy ludzie powinni być. Terapeuta nie dysponuje
żadną aprioryczną wiedzą dotyczącą, tego, co powinno
się zmienić w psychice jednostki. Nie stawiamy nawet
klientowi żadnych szczególnych celów dotyczących rodzaju
zmiany, której powinien on doświadczyć. Zamiast tego
staramy się dostrzec tendencję do zmiany, która już
próbuje się wydarzyć w życiu klienta, a której jest
on zazwyczaj nieświadomy lub przynajmniej próbuje do
niej nie dopuścić. Dzieje się tak dlatego, że tendencje,
które są zablokowane przez „rządzącą większość” – zwyczajną
tożsamość jednostki, będą jej sprawiały kłopoty i trudności.
Dlatego też jedną z podstawowych zasad pracy z procesem
jest przekonanie, że wszystko, co się nam przydarza
jest właściwe i należy to wzmocnić. Zazwyczaj coś wygląda
źle tylko dlatego, że nie rozumiemy kontekstu w sposób
dostateczny. Różni się to od generalnego podejścia
w psychoterapii, które twierdzi, że wszystko sprawia
kłopoty jest niewłaściwe i trzeba to zmienić.
Wzorem starożytnych taoistów staramy się odkrywać
tao, wszystko , co próbuje się pojawić w naszym życiu,
bez względu na to czy nam się to podoba czy nie i czy
jest to zgodne z naszymi życiowymi celami. Podobnie
też jak oni uważamy, że dopiero bycie w harmonii z
tao, podążanie za nim jest w stanie przynieść człowiekowi
poczucie pełni i szczęścia, oraz że największą cnotą
człowieka jest podążać za tao, szczególnie zaś, gdy
droga wydaje się być ciemna i mglista.
CIENIE MIASTA A.Mindell w swoje książce „City shadows” sformułował
koncepcję, w myśl której, podobnie jak jednostka może
rozwijać się poprzez integrowanie swoich marginalizowanych
aspektów, również społeczności rozwijają się, gdy są
w stanie uczyć się od grup, które w „normalnym” oglądzie
utrudniają ich funkcjonowanie. Dotyczy to różnych mniejszości
społecznych, które są odrzucane i napiętnowane jako
złe, nienormalne, moralnie gorsze, odrażające itp.
Członkowie tych podgrup są nie tylko wykluczani społecznie
ale też w dużej mierze wewnętrznie odrzucają sami siebie,
cierpiąc przy tym podwójnie. W swojej praktyce oczywiście
najczęściej spotykam się z ludźmi, którzy zostają wykluczeni
z powodu swoich doświadczeń diagnozowanych jako nerwicowe,
psychotyczne lub po prostu dziwne. Choć od czasów Rewolucji
Francuskie, która uwolniła chorych psychicznie z więzień
upłynęło już trochę czasu, jednak stosunek większości
społecznej do tej grupy ludzi zmienił się w niewielkim
stopniu. Nadal traktowani są w sposób lekceważący i
poniżający, najlepiej jest ich unikać, a poziom edukacji
społecznej dotyczącej zjawisk i mechanizmów psychicznych
nie jest większy od przekazu wiadomości na temat pierścieni
Saturna.
Pole społeczne dzieli się w sensie psychicznym na
akceptowane i nieakceptowane wzorce zachowań, na „porządną
większość” i odrzucane mniejszości, które niosą w sobie
wzorce, z którymi członkowie społeczności się nie utożsamiają.
Jest to w pewien sposób model ekologii psychicznej
systemu zamkniętego, gdzie każda odszczepiona część
psychiki, każdy niezintegrowany wzorzec zachowania
nie może zniknąć lub rozpłynąć się, lecz wchodzi do
wtórnego obiegu i ktoś, jakiś człowiek lub grupa musi
ten wzorzec podjąć.
Podejścia systemowe zakładają, że jeżeli w rodzinie
ktoś zachoruje psychicznie, to nie tyle dana jednostka
jest chora ale raczej coś dzieje się w całym systemie
rodzinnym. Psychologia zorientowana na proces rozszerza
ten punkt widzenia na całe społeczeństwo. Oznacza to,
że jeżeli członkowie danej społeczności z jakichkolwiek
powodów będą odszczepiać od siebie i marginalizować
pewien typ własnych doświadczeń / agresywnych, seksualnych,
duchowych czy jakichkolwiek innych /, to pole społeczne
będzie „musiało” na to zareagować, będzie musiało te
zachowania podjąć i zareprezentować. W polu społecznym
jeżeli ja czegoś nie robię, to ktoś musi to zrobić
za mnie również w sferze psychicznej. Takie podejście
akcentuje współzależność występowania zjawisk w ramach
jednego systemu i podkreśla dwukierunkowość myślenia,
gdzie mijają się odpowiedzialność grupy za to, co dzieje
się z jednostką i odpowiedzialność jednostki za to,
co dzieje się z grupą. Podobnie jak jednostce „przydarzają
się” różne odrzucane przez nią procesy, tak też i grupa
jest nękana przez to, co marginalizuje. Dlatego też,
tak jak jednostka może zwiększyć świadomość siebie
badając te zdarzenia, które ją niepokoją, również grupa
może dowiedzieć się czegoś o sobie studiując wzorce
zachowań, które niosą odrzucane przez nią podgrupy.
Zjawiska, które powodują niepokój w życiu społecznym
mogą stać się źródłem transformacji i początkiem rozwoju
danej społeczności. Konsekwentne negowanie i izolowanie
tych zjawisk zwiększy tylko ich siłę, tak jak niechciane
i odtrącane dziecko zaczyna „rozrabiać” po to, abyśmy
w końcu zwrócili na nie uwagę.
Na poziomie społecznym oznacza to, że „cienie miasta”,
jak ich nazywa Mindell, ludzie odrzucani przez społeczeństwo,
są nie tylko przez nie „tworzeni” ale są po to, abyśmy
mogli od nich nauczyć się czegoś o sobie. Są naszymi
potencjalnymi nauczycielami dla dobra nas wszystkich,
procesem wtórnym społeczeństwa, które bez zintegrowania
informacji w nim zawartej nie jest zdolne w pełni się
rozwinąć. Dlatego też badanie „cieni miasta” pokazuje,
co dana społeczność marginalizuje psychicznie ze szkodą
dla siebie, oraz na co każdy z nas powinien zwrócić
większą uwagę.
INDIVIDUUM Zaczęliśmy od stwierdzenia, że tym, co rzuca się w
oczy, gdy patrzymy na jednostkę czy też społeczność,
jest jej dividuum, podziały wewnątrz niej. Do pewnego
stopnia jest to oczywiste, jednak ważniejsze jest ,
jak do tego podchodzimy i co z tym robimy.
Właściwie w ogromnej większości podejść psychologicznych
czy to do jednostki czy to do grup i społeczności,
celem rozwoju jest individuum, coś, co jest niepodzielne.
Celem jest Jednostka, Indywiduum, ktoś Pełny, Zintegrowany
i Zharmonizowany.
Oczywiście największym problemem jest dojście do porozumienia
między wszystkimi zainteresowanymi stronami, w jaki
sposób taka integracja miałaby się dokonać. Rządząca
większość prezentuje zazwyczaj mniej lub bardziej jawnie
wyrażaną nadzieję, że „niedorosła mniejszość” w końcu
zrozumie jej, w sposób oczywisty słuszną, rację, że
przejrzy na oczy i wtedy zapanuje wieczna szczęśliwość.
Nie muszę chyba dodawać, że zdanie mniejszości jest
zupełnie inne.
Inną metodą „integracji” jest, jak już wspominaliśmy,
eliminacja. Jeżeli wyeliminujemy lub odseparujemy /
zawsze modne w historii ludzkości getta / niepożądane
elementy, to może uda się stworzyć złudzenie jedności.
Demokracja wewnętrzna czy zewnętrzna jest, jak dotąd,
podejściem, które uwzględnia największą część pola.
Jednak trudność tego podejścia polega na tym, że opiera
się ono na życzeniowym myśleniu, że mniejszości również
uznają swoją demokratyczną porażkę i oddadzą władzę
większości. Jak dobrze wiemy zarówno z naszego życia
wewnętrznego jak i społecznego, taka sytuacja jest
częściej deklaracją niż rzeczywistością.
Wyobraźmy sobie sytuację, w której na przykład kobieta
zamężna zakochuje się w innym mężczyźnie. Ogromna jej
większość optuje za rezygnacją z tej relacji ze względu
na dom, dzieci itp., jednak często mimo to „mniejszość”
dominuje i choć z nawracającymi wyrzutami sumienia,
kobieta pozostaje w pozamałżeńskim związku. Bywa też
tak, że „większość” zadecyduje i kobieta „rezygnuje”
z drugiej relacji. Ale mimo to nie będzie zadowolona,
często będzie wracać myślą do „tamtego związku”, tęsknić
lub po okresie „karencji psychicznej” przydarzy jej
się coś podobnego.
Chcę przez to powiedzieć, że konflikt wewnętrzny,
jeżeli rozwiązujemy go „siłowo”, tzn. decyzję podejmuje
ta nasza część, która w danej chwili ma większą siłę,
to faktycznie konflikt pozostanie nierozwiązany i będzie
miał tendencje do nawracania. Oczywiście w tym momencie
powstaje podstawowe pytanie: „Jak w takim razie może
być inaczej?” Jak rozwiązać konflikt, żeby obie strony
były usatysfakcjonowane? Jak rozwiązać konflikt, w
którym i ta część kobiety, która chce być z mężem i
ta, która chce być z drugim mężczyzną mają czuć się
dobrze?
Wydaje się to być niemożliwe i jest to jeden z powodów,
dla których nie próbujemy szukać innych rozwiązań,
poza tymi, które stosujemy wszyscy, a które faktycznie
nie satysfakcjonują nikogo. Jednak w baśniach i w gabinetach
psychologicznych zdarzają się czasem cuda. Dziewczyna
dostaje zadanie, żeby zdobyć rękę, królewicz musi do
niego przyjechać i jednocześnie przyjść piechotą, musi
być naga i ubrana, coś mu dać i nie dać. Oczywiście
rozwiązanie nie jest łatwe i trzeba się nieźle wysilić,
żeby je znaleźć, ale jest możliwe. Podobnie w gabinetach
psychologicznych, często dopiero zobaczenie wielu podskórnych
mechanizmów, które nami rządzą, może doprowadzić do
rozwiązania „nierozwiązywalnych” problemów. C.G.Jung
mówił, że ludzka psychika ma niezwykle ważną zdolność,
którą nazwał funkcją transcendentną. Oznacza ona, że
jeżeli będziemy wystarczająco długo trwać w spolaryzownym
konflikcie, to w pewnym momencie uruchomi się ta funkcja,
która umożliwi odnalezienie rozwiązania, które przekracza
każdą ze stron polaryzacji. Psychologia zorientowana
na proces wypracowała wiele innych metod takiego radzenia
sobie ze sprzecznymi tendencjami wewnętrznymi i zewnętrznymi,
które w konsekwencji prowadzą do rozwoju całości.
Ważny jest jednak przede wszystkim nasz stosunek do
tych „mniejszościowych” postaw i zachowań. Możemy je
traktować jako dopust Boży i modlić się by przeminęły
lub je aktywnie usuwać, możemy też wzorem taoistów
i innych zobaczyć w nich istotny element przemiany
i wskazówkę do dalszego rozwoju.
Mimo iż konflikty są dość powszechnie i to nie tylko
przez psychologów uznawane za element rozwojowy, w
sytuacji, gdy mamy z nimi do czynienia zaczynamy się
zachowywać jak diabeł wobec wody święconej. Pomyślcie
ile razy w życiu powiedzieliście do siebie coś w rodzaju:
„Mam konflikt z X-em, cóż za radość, bo będę się mógł
czegoś nauczyć i rozwinąć”.
Myślę, że dzieje się tak z dwóch powodów, jedną sprawą
jest oczywiście nasz stosunek wobec konfliktu ale chyba
ważniejsze jest poczucie braku sensownych narzędzi,
które pomogłyby nam patrzeć na konflikt z większą sympatią.
Oczywiście wykształcenie w sobie postawy, która jest
otwarta i chętna do uczenia się od swojego przeciwnika,
pozostaje długoterminowym wyzwaniem dla każdego z nas,
podobnie jak przezwyciężenie przeszłych doświadczeń
związanych z beznadziejnymi próbami poradzenia sobie
z konfliktem.
Teoretyczną podstawę myślenia o uzyskaniu indywiduum,
nie podzielonej jednostki i społeczności, daje koncepcja
głębokiej demokracji.
GŁĘBOKA DEMOKRACJA Demokracja oznacza rządy większości, głęboka demokracja
to koncepcja, której istotą jest wola wysłuchania,
eksperymentowania i uwzględniania w rządach każdej
pojawiającej się części grupy, pola społecznego czy
rzeczywistości wewnętrznej. Oznacza to nie tylko szacunek
dla każdej mniejszości ale też uczenie się od niej
dla rozwoju całości i wspólnego dobra.
Pozornie z punktu widzenia celu, którym jest sprawnie
funkcjonująca organizacja, społeczność czy jednostka,
taki pomysł może wydawać się utopijny lub prowadzący
do anarchii. Wydaje się, że taka droga musi nieuchronnie
prowadzić do niekończących się debat i wiodących do
nikąd dyskusji. Jednak praktyka psychologii procesu
pokazuje, że w obecności osoby, która jest zdolna do
wspomagania i ułatwiania przepływu wszystkich procesów
dziejących się w grupie bądź w jednostce, nawet najtrudniejsze
konflikty mogą okazać się drogą prowadzącą do rozwoju
całości w stosunkowo szybkim tempie. Współczesne teorie
chaosu pokazują, że często najszybszą drogą między
dwoma punktami niekoniecznie jest linia prosta. Z drugiej
zaś strony w niestabilnych systemach, a w końcu z takimi
mamy w większości do czynienia zarówno w odniesieniu
do świata jak i do jednostki, nawet bardzo niewielkie
zdarzenia mogą doprowadzić do braku równowagi i bardzo
poważnych konsekwencji.
Głęboka demokracja próbuje ustabilizować systemy na
innym poziomie, dać im bardziej trwałą podstawę opartą
na jedności a nie na sile jednej z grup, choćby największej.
Jednak koncepcja ta stawia wymóg wykształcenia nowego
rodzaju liderowania opartego na starodawnych modelach
starszyzny plemiennej. Różnica między liderem a starszym
jest taka sama jak między demokracją i głęboką demokracją.
Lider reprezentuje / w najlepszym razie / interesy
większości, zaś starszy – całości. Starszyzna jest
zdolna do wspierania każdej części pola, do pośredniczenia
między nimi i dbania o interesy wszystkich i całej
społeczności zarazem. Choć koncepcja ta została dawno
zapomniana w społeczeństwach industrialnych, jednak
cały czas największe autorytety ludzkości reprezentują
ten właśnie model. Tęsknimy do takich nauczycieli w
świecie i wewnątrz siebie, do sytuacji, gdzie można
się będzie rozwijać jako całość, bez eliminowania jakiejkolwiek
naszej części.
„Starszyzna obecna w nas wie, że nie istnieje ostateczna
racja, gdy w grę wchodzi otwarty konflikt stron. Poczucie
słuszności pojawia się tylko w związku ze wspólnotą,
wraz z wewnętrznym spokojem umysłu, rozwijającymi się
i trwałymi relacjami oraz pracą ze światem, która przekształca
napięcia istniejące między grupami.” / Mindell 1992,
str.213 /
ZAKOŃCZENIE Podziały wewnętrzne i zewnętrzne, jednostkowe i społeczne
są oczywistością i koniecznością. Jednostka, która
jest nie podzielona jest albo oświeconym Buddą albo
nie żyje, ze wskazaniem na to drugie. Podobnie społeczność.
Przeciwieństwa, sprzeczności, konflikty wewnętrzne
i zewnętrzne są przejawem dynamicznych sił witalnych,
które dają szansę osiągania coraz to wyższych poziomów
rozwojowych. W praktyce jednak to, czy jesteśmy w stanie
z tego skorzystać, zależy od naszego stosunku do tych
zjawisk, które utrudniają nasze życie indywidualne
i społeczne. Wszystko to, co sprawia nam kłopot, możemy
albo eliminować, wykluczać i marginalizować, tolerować
modlić się i czekać aż przeminą albo też użyć tego
jako wskazówki i drogi wiodącej do stawania się pełnią
jednostkową i społeczną.
Nie jest to najłatwiejsza z dróg, jednak w świecie
wstrząsanym eskalującymi konfliktami, które próbuje
się rozwiązać głównie poprzez użycie siły, a także
w świecie wewnętrznym, gdzie wobec siebie samych stosujemy
identyczne metody, nie wydaje się, żeby istniało inne
sensowne rozwiązanie.
BIBLIOGRAFIA
- Capra, F. (1987). Punkt zwrotny. Warszawa .
- Goodbread, J. (19940. Homage to R.D.Laing: A New
Politics of Experience, w: The Journal of Process
Oriented Psychology, Summer 1994, Volume 6, Number
1. Lao Tse Press, Portland, Oregon.
- Goodbread, J. (1987). The Dreambody Toolkit. New
York
- Jacobi, J. (2001). Psychologia C.G.Junga. Warszawa
.
- Mindell, A. (1992). Lider mistrzem sztuk walki.
Wstęp do głębokiej demokracji. Warszawa.
- Mindell, A. (1990). The Year I: Global Process
Work with Planetary Structures. London, New York.
- Mindell, A. (1999). Siedząc w ogniu. Warszawa .
- Mindell, A. (2002). Cienie miasta. Interwencje
psychologiczne w psychiatrii. Kraków.
- Mindell, A. (2002). Psychologia i szamanizm. Katowice.
- Reiss, G. (1993).The role of the disturber in process
oriented family therapy. The Journal of Process
Oriented Psychology, 5, 1 (Spring/Summer 1993). Portland,
Oregon.
- Teodorczyk, T. (2003). Odmienne i ekstremalne stany
świadomości. w: Po drugiej stronie kłopotów. Psychologia
procesu w teorii i praktyce. Pod red. Bogny Szymkiewicz-Kowalskiej.
Warszawa.
- Teodorczyk, T. (2003). Skąd się biorą kłopoty w
relacjach między ludźmi? w: Po drugiej stronie kłopotów.
Psychologia procesu w teorii i praktyce. Pod red.
Bogny Szymkiewicz-Kowalskiej. Warszawa.
- Teodorczyk, T. (2003). Posłowie do A.Mindell „O
pracy ze śniącym ciałem”. Ag. Wyd. TU. Warszawa.
- Teodorczyk, T. (2004). Posłowie do A.Mindell „Śnienie
na jawie”. Katowice.
- Weber, R. red. (1990). Poszukiwanie jedności. Nauka
i mistyka. Warszawa.
|