TOMASZ TEODORCZYK
SKĄD SIĘ BIORĄ KŁOPOTY W RELACJACH
MIĘDZY LUDŹMI? Tekst pochodzi z antologii o psychologii procesu
w teorii i praktyce pt.” Po drugiej stronie lustra”
pod red. Bogny Szymkiewicz-Kowalskiej
Myślę, że prawie każdy doświadczył w związku z relacjami
zarówno szczęścia, jak i – z drugiej strony – uczucia
bezradności. Przypomnijcie sobie, ile razy czuliście
się bezradni wobec partnera czy partnerki, matki, ojca,
szefa, kolegi z pracy czy kogokolwiek innego. Można
by chyba zaryzykować stwierdzenie, że kłopoty w relacjach
wynikają z samego faktu spotykania się ludzi ze sobą
nawzajem. Dlaczego tak się dzieje? Po co w takim razie
ludzie w ogóle wchodzą ze sobą w relacje i dlaczego
tak rzadko mogą być w nich w pełni szczęśliwi? Czy
jest to nieunikniony koszt, równoważący zyski z tego,
że nie jesteśmy sami? I jak radzić sobie z cierpieniem,
które nieustannie wydarza się w relacjach?
Wypada chyba zacząć od kilku podstawowych stwierdzeń.
Przede wszystkim sądzę, że chociaż bycie w relacjach
jest czymś bardzo trudnym, to jednak bez relacji nie
sposób w ogóle żyć. Dzieje się tak nie tylko dlatego,
że praktycznie nie można od nich uciec; ważniejszym
– przynajmniej z psychologicznego punktu widzenia –
powodem jest to, że będąc w relacji jest wprawdzie
bardzo trudno być sobą, ale też nie sposób być w pełni
sobą nie wchodząc w relacje z innymi. W trakcie terapeutycznej
pracy z ludźmi, jak również we własnym życiu wielokrotnie
spotykam się z sytuacją, kiedy po jakimś okresie pracy
nad sobą człowiek odnosi wrażenie, że własne wewnętrzne
konflikty i trudności zostały rozwiązane, on sam osiągnął
pewien stopień samoświadomości i samowiedzy; gdy jednak
wchodzi się w jakąś relację, natychmiast pojawiają
się nowe (lub powracają stare) sprawy i trudności.
Okazuje się, że w kontakcie z drugim człowiekiem ujawniają
się takie informacje i takie aspekty naszej psychiki,
do których – przestając jedynie z sobą czy też pracując
nad sobą indywidualnie – po prostu nie mamy dostępu.
O wiele łatwiej jest być ześrodkowanym i w równowadze,
gdy jest się samemu.
Jeśli zaś chodzi o samo bycie w relacjach, to pracując
z ludźmi trudno jest się oprzeć wrażeniu, że najczęściej
starają się oni bronić pewnego wizerunku siebie, swojej
tożsamości, w którą oczywiście wierzą – nawet jeżeli
partner w relacji uważa, że nie odpowiadają one prawdzie
i chciałby je zmienić.
Myślę, że to właśnie jest głównym powodem pojawiającego
się w relacjach cierpienia. Relacje bowiem zmuszają
nas, abyśmy się rozwijali, nieustannie weryfikowali
naszą tożsamość i odkrywali nowe aspekty samych siebie.
Będąc w relacji, w pewnym sensie nie możemy uciec od
własnego rozwoju, spocząć na laurach i rozkoszować
się osiągniętą harmonią. Pamiętam, jak pewien mężczyzna
opowiadał mi, że jego związek z partnerką był kiedyś
bardzo burzliwy, ale teraz, po szesnastu latach wreszcie
udało im się osiągnąć harmonię. Spotkałem go po miesiącu
i okazało się, że właśnie się rozstali!
Czasami wydaje się, że relacja żyje własnym życiem,
bez względu na to, co o tym sądzą jej uczestnicy. Druga
osoba w relacji jest najczulszym papierkiem lakmusowym
dla naszych wewnętrznych niespójności i tak długo będzie
naciskać, abyśmy je sobie uświadomili, aż sami się
zmienimy lub zerwiemy relację.
Z tego punktu widzenia relacje mogą być albo poletkiem
dla naszego wzrostu i rozwoju, albo też mogą stać się
przekleństwem. To, czym będzie dla nas dana relacja,
zależy w największym stopniu od naszego wobec niej
nastawienia, od tego, czy trudności w relacjach potraktujemy
jako dopust boży, (który należy przeczekać lub się
go pozbyć), czy też jako potencjalnych nauczycieli,
mogących poprowadzić nas ku odkryciu w sobie czegoś
nowego. Najkrócej rzecz ujmując, o ile będziemy jedynie
bronić naszej wizji samych siebie i odsuwać wszystko
to, co próbuje się wydarzyć, o tyle relacje staną się
naszym przekleństwem. Jeżeli natomiast otworzymy się
na zmianę i dopuścimy nowe informacji o sobie samych,
które za sprawą relacji próbują się do nas przebić,
to mogą stać się one doświadczeniem, które nas zadziwi,
przemieni i ofiaruje większą świadomość siebie i innych
ludzi. Takie podejście jest bardzo trudne, jednak wydaje
się, że nie istnieje inne, bardziej skuteczne rozwiązanie.
Relacja jako nośnik informacji
W pracy z procesem uważamy, że relacja jest kanałem
informacyjnym. Spróbujmy to wyjaśnić. Każde z nas doświadcza
siebie oraz innych ludzi na wiele różnych sposobów:
widzimy, słyszymy, czujemy dotyk i ruch. W ten sposób
uzyskujemy informacje o sobie i innych – widzę siebie
i innych, słyszę głos swój i tego, kto do mnie mówi
itd. Są to kanały proste, których działanie polega
na tym, że informacja dociera poprzez poszczególne
zmysły. Istnieją też jednak złożone kanały informacyjne,
a relacja jest jednym z nich. Ich złożoność polega
na tym, że wprawdzie nadal używamy swoich zmysłów,
ale fakt, że obiektem percepcji jest drugi człowiek,
przydaje naszym spostrzeżeniom specyficznej jakości.
Zgodzicie się zapewne, że patrzenie na kaloryfer jest
zazwyczaj czymś nieco innym niż patrzenie na drugą
osobę. Kanały są czymś w rodzaju dwukierunkowych ulic,
na których mijają się te informacje/sygnały, które
wysyłamy, i te, które otrzymujemy.
Cóż to oznacza i dlaczego jest tak ważne?
Z tego punktu widzenia liczy się nie tylko to, że
relacja wydarza się między ludźmi i służy komunikowaniu
się między nimi, lecz także to, że stanowi ona swego
rodzaju sposób , pozwalający pewnym informacjom
zaistnieć i stać się elementami przekazu, to, że relacja
służy czemuś i że możemy jej „używać”, aby się czegoś
o sobie dowiedzieć. Oczywiście, stosunkowo najprościej
wygląda to wtedy, gdy ktoś mówi mi coś, o czym wcześniej
nie wiedziałem. Mogę usłyszeć, że jestem głupi lub
mądry, przystojny lub odrażający. Oczywiście tego typu
informacja jest zwykle wysyłana w sposób kontrolowany
i szansa dowiedzenia się czegoś o mojej nieświadomości
nie jest zbyt duża.
Problem może się zacząć jednak już w momencie, gdy
przekazywana mi wiadomość nie będzie zgodna z moim
obrazem siebie (bez względu na to, jaki on jest). W
takiej sytuacji prawdopodobnie jej zaprzeczę, a jej
autora uznam za chama lub podlizucha – i już zaczynam
mieć problemy relacyjne. Nie oznacza to wszakże, aby
każda wypowiedziana przez kogoś dotycząca nas informacja
musiała być przez nas przyjmowana. Czasem cel wypowiedzenia
pewnych stwierdzeń leży poza ich treścią, co czyni
sprawę jeszcze trudniejszą. W tym momencie chciałbym
jedynie zaznaczyć, że nawet w tak prostej sytuacji
informacja, która nie zgadza się z naszym obrazem siebie,
lub której nie możemy właściwie odczytać, staje się
zaczątkiem trudności relacyjnej. Cóż dopiero mówić
o sytuacjach znacznie bardziej skomplikowanych.
Przykład
Wyobraźcie sobie parę, która siedzi w moim gabinecie.
Przyszli z powodu trudności, z którymi borykają się
od kilku lat. Kłopot polega na tym, że co jakiś czas
żona wpada w szał, zarzuca mężowi „niestworzone rzeczy”,
potem czuje się winna i przeprasza go, sama nie wiedząc,
co ją „opętało”. Następnie zamyka się w sobie i nie
chce z mężem rozmawiać. Od pewnego czasu nie układa
im się też życie seksualne. Mąż wygląda na zatroskanego,
mówi, że chce pomóc żonie się wyleczyć, ale nie wie
jak. Stwierdza też, że już nie wytrzymuje całej tej
sytuacji. Ona siedzi przygnębiona i skulona, on jest
dosyć mocno rozparty w fotelu.
Pytam o te „niestworzone rzeczy”, które żona zarzuca
mu w chwilach „opętania”. Ona bardzo się wstydzi, mówi,
że wie, że to bzdura, ale czasami czuje się poniżana
i lekceważona, choć przecież mąż jest dla niej taki
dobry. Mężczyzna przytakuje i wylicza swoje zasługi
dla rodziny. Który element tej sytuacji zawiera informację,
od kilku lat nie mogącą się przebić w tym małżeństwie?
Przede wszystkim warto w tym momencie spytać, czego
w tej sytuacji brakuje, czego nie ma, choć się o tym
mówi. Otóż brakuje osoby, która lekceważy. Żona czuje
się lekceważona, jednak oboje się zgadzają, że mąż
jest dobry. Gdzie jest w takim razie osoba, która lekceważy?
Zwracam uwagę na pozycję, w jakiej siedzi mężczyzna
i proszę go, aby rozsiadł się jeszcze bardziej, a on
to robi. Dalsze wzmacnianie jego sygnałów doprowadza
w końcu do pojawienia się postaci mężczyzny, który
uważa, że wszystkie kobiety to histeryczki, które powinny
po prostu przykładać się do prowadzenia domu i nie
zawracać mężczyznom głowy swoimi emocjami. Mamy więc
pierwszy kawałek układanki. Oczywiście, to nie mężczyzna
jest taki, to tylko pewna jego część, odszczepiony
fragment psychiki, z którego posiadania on nie do końca
zdaje sobie sprawę, utożsamiając się z dobrym i troskliwym
mężem. Skąd coś takiego się w nim wzięło, jest sprawą
jego osobistej historii i można to dalej badać w terapii
indywidualnej.
Ale na tym nie koniec. Zwracam teraz uwagę na skuloną
pozycję ciała żony i proszę ją, aby się jeszcze bardziej
skuliła. Waha się, ale gdy w końcu decyduje się to
zrobić, odwraca się do męża nieco bokiem. Proszę, aby
odwróciła się zupełnie. Siedzi tak przez chwilę i jakby
cień uśmiechu przelatuje przez jej twarz. Pytam o ten
uśmiech i po dłuższej chwili udaje mi się wydobyć następujący
tekst: „Mężczyźni to gruboskórne istoty, które nic
nie czują i uważają, że ich praca jest najważniejsza
na świecie”. A więc i ona ma w sobie taki lekceważący
kawałek! Oboje mają w sobie pewien aspekt psychiki,
który lekceważy i poniża drugą stronę! To właśnie ta
informacja sprawia kłopoty i jest tak trudna i niewygodna
dla nich obojga, ponieważ utożsamiają się z dobrym
i kochającym związkiem, któremu tylko coś niedobrego
się przytrafia. Dysponując tą informacją, możemy dalej
pracować, ale tym razem już z rzeczywistym problemem
i wychodząc z zupełnie innej pozycji. Żona została
w pewien sposób uwolniona od poczucia bycia „nienormalną”(„co
się ze mną dzieje, przecież mąż jest taki dobry”),
mąż zaś widzi, że to co spostrzegał wyłącznie jako
problem żony, nie pozostaje też bez jego udziału. I
chociaż sprawa jest nadal bardzo trudna i daleka od
rozwiązania, stajemy się wobec całej sytuacji nieco
mniej bezradni.
Poziomy relacji
Istnieje jednak kilka poziomów tej sytuacji. Na poziomie
indywidualnym znajdują się dwie, odszczepione
informacje – dla męża i dla żony. Wiążą się one z
osobistą psychologią każdego z nich.
Mąż utożsamia się z kimś „troskliwym” ze względu na
swoje wychowanie, system wartości, osobiste doświadczenia
itp. W związku z tym musi odsuwać od siebie informacje,
które pokazują mu, że ma w sobie też kogoś, kto lekceważy
emocjonalność żony i nie docenia jej pracy w domu.
Żona również ma swoje osobiste doświadczenia, które
każą jej „na powierzchni” uznawać „wyższość” męża,
nie wyrażać wobec niego swojego niezadowolenia i zamykać
w skuleniu swoje lekceważenie i poczucie bycia lepszą
od niego.
Istnieje też poziom całej relacji . W pracy
z procesem uważamy, że relacja jest nie tylko sumą
części składowych, ale również samoistną całością,
która w pewien sposób żyje własnym życiem, niezależnie
od tego , co indywidualnie dzieje się
z osobami w niej uczestniczącym. Jaka jest więc
tożsamość całej relacji i jaki jest ukryty przekaz
dla tego związku jako całości?
Obydwie osoby utożsamiają się z dobrą, kochającą parą,
która harmonijnie kroczy razem przez życie. To jest
ich „my”, proces pierwotny, coś, z czym się identyfikują.
Jednak pod tą powierzchnią istnieje cała masa różnych,
również negatywnych emocji, które od czasu do czasu
wychodzą na jaw i sprawiają kłopoty. Relacja jako całość
skupia się na rzeczach dobrych i harmonijnych, nie
dając uwagi czemukolwiek innemu i odsuwając to od siebie.
A więc przekaz dla moich klientów jako pary brzmi:
„Przestańcie koncentrować się tylko na tym, co się
w waszym związku dzieje dobrego; zwróćcie też uwagę
na to, co się dzieje ‘pod spodem'”.
Ale istnieje jeszcze jeden poziom tej sytuacji. Każde
z małżonków ma swoją osobistą historię, ale to, co
się z nimi dzieje, jest też przecież w jakiś sposób
ukształtowane przez otaczające ich społeczeństwo i
kulturę. To przecież społeczeństwo i kultura, szersze
pole, współtworzy rodziny, które wychowują dzieci przygotowując
je do ról „mężczyzny” i „kobiety”. To szerszy kontekst
kulturowy odpowiada za przekazywane wartości – wraz
ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi ich konsekwencjami.
Problem tej pary odbija – na skalę ‘mikro' – globalny
problem relacji kobiet i mężczyzn, jest jego reprezentacją
i uszczegółowieniem. W tym właśnie sensie ten mężczyzna
i ta kobieta są zarówno konkretnymi osobami, jak i
pewnymi „duchami czasu”, które się przez nich przejawiają.
W pracy z procesem uważamy, że nie sposób rozdzielić
tych poziomów, i że każdy z nich jest ważny. Oczywiście,
w danym momencie zajmujemy się tylko jednym z nich
– w zależności od tego, z którego poziomu otrzymujemy
w danej chwili najsilniejszy sygnał – jednak faktycznie
tylko praca uwzględniająca wszystkie poziomy może dać
w pełni satysfakcjonujący rezultat.
Poziom indywidualny oznacza skupienie się
na osobistej psychologii każdej z osób; pracuje się
w ten sposób zwłaszcza wtedy, gdy problem powraca w
wielu różnych relacjach. Jeżeli osoba mówi coś w rodzaju:
„Najpierw czułem się zdominowany przez matkę, potem
przez starszą siostrę, szefową, a teraz przez żonę”,
to czas zająć się najpierw indywidualnymi procesami
osoby, a dopiero później relacją.
Poziom komunikacyjny oznacza sytuację, w
której partnerzy wysyłają do siebie wiele niespójnych
sygnałów (nazywamy je ‘podwójnymi sygnałami'). Jeżeli
kobieta mówi o swoim zainteresowaniu rozwiązaniem problemów
występujących w małżeństwie, a jednocześnie często
spogląda w okno zamiast na partnera, to warto zająć
się tym sygnałem i sprawdzić, czy nie ma w niej przypadkiem
takiej części, która interesuje się czymś innym niż
tylko relacją. Jeżeli zaś mężczyzna mówi podniesionym
głosem o swojej bezradności, bólu i smutku przeżywanych
w związku, to warto sprawdzić, czy przypadkiem nie
ma tam też złości, z której on sam nie do końca zdaje
sobie sprawę lub której nie może wobec partnerki wyrazić.
Relacją jako całością zajmujemy się, gdy
para używa często słowa „my”, określając w ten sposób
swoją tożsamość. Dobrze jest wtedy spróbować określić,
czym jest „nie my” tego związku, coś, co pozwoli odkryć,
jaki typ zachowań dana para od siebie odsuwa. Jeżeli
słyszymy na przykład takie stwierdzenie: „Jesteśmy
porządną, rozsądną i oszczędnie żyjącą parą, która
planuje swoje działania na przyszłość, nie tak jak
X-owie, którzy żyją chwilą i przepuszczają wszystkie
pieniądze od razu”, to można spróbować pomóc im zobaczyć
korzyści płynące z zaplanowanych działań i sprawić,
by zastanowili się, czy coś z tego „życia chwilą” nie
byłoby jednak dla nich użyteczne.
Na tym poziomie pracujemy też, jeśli chcemy odkryć
‘mit relacyjny' – ukryty wzorzec, zakulisowo rządzący
całą relacją. Koncepcja mitu relacyjnego wzięła się
między innymi stąd, że obserwując różne związki często
trudno oprzeć się wrażeniu, jak gdyby istniał długoterminowy
wzorzec danej relacji, coś jakby matryca albo centralny
problem, z którym konkretny związek się boryka lub
też coś, co na trwałe błogosławi daną relację. Stanowi
to jak gdyby główny, nie do końca uświadamiany cel,
centralne wyzwanie stojące przed danym związkiem, współgrające
– albo nie – z indywidualnymi procesami obu osób. Jedną
z metod pomocnych w odkrywaniu mitu relacyjnego jest
zajęcie się różnymi znaczącymi zdarzeniami lub snami
z początkowego okresu trwania relacji. Sformułowanie
'mit relacyjny' podkreśla, że obie osoby mają się rozwijać
poprzez bycie w danej relacji, że tam tylko każda z
nich może uzyskać ważną dla siebie informację i że
nie można byłoby tego zrobić, gdyby się było samemu.
Mitem relacyjnym zajmujemy się w sytuacjach chronicznych
konfliktów występujących w relacji czy też w momentach,
gdy partnerzy nie wiedzą, czy mają być ze sobą dalej,
czy też się rozstać. Odkrycie długoterminowego wzorca
związku, wyzwania, które przed nim stoi, często wnosi
w relację „świeży powiew” i zrozumienie, po co właściwie
ludzie ze sobą są.
Praca z nastrojem. Kiedy wchodzimy w jakiś
związek, mamy wobec drugiej osoby różne nadzieje i
oczekiwania. Rzadko kiedy jednak zdarza się, że wszystkie
one się spełniają. Stajemy wtedy przed koniecznością
dokonania trudnego i bolesnego wyboru. Często wpadamy
w stany, które można byłoby przyrównać do snu. Na pewno
znacie takie sytuacje z rodzin, w których mąż pije,
ale obiecuje, że przestanie, i tak się dzieje przez
kolejnych dwadzieścia lat. Żona w pewnym sensie „śni”,
że mąż spełni swoją obietnicę, choć oczywiście w niektórych
momentach ma poczucie, że jej nadzieja się nie spełni
i że ona sama powinna odejść, przerwać związek.
Żona jest jak gdyby uwięziona w dwubiegunowym układzie,
z którego nie ma wyjścia. W pracy z procesem te dwa
bieguny nazywamy jasnym i ciemnym snem.
'Jasny sen' to nasze najgłębsze przekonania i nadzieje
na temat tego, jakimi ludzie mogą być wobec siebie,
to coś, czego najbardziej pragniemy od partnera czy
od relacji w ogóle. Cały problem polega na tym, że
zwykle nie jesteśmy do końca świadomi naszych przekonań
i nadziei, na tym, że ich nie wyrażamy i że jednoznacznie
za nimi nie obstajemy. W związku z tym zamiast walczyć
o spełnienie naszych oczekiwań, zaczynamy czuć się
rozczarowani, zirytowani, bezradni, smutni itp. Wszystko
to, co dzieje się z nami, gdy jasny sen się nie spełnia,
nazywamy 'ciemnym snem', który jest czymś w rodzaju
reakcji na niespełnianie się jasnego snu.
Wracając do naszego przykładu powiedzielibyśmy, że
kobieta ma chwile, w których jest w swoim jasnym śnie
o partnerze, ale nie jest w stanie w pełni o to zawalczyć
(zazwyczaj dlatego, że nie jest do końca świadoma swoich
nadziei i oczekiwań) a potem, gdy jasny sen się nie
spełnia, wpada ona w swój ciemny sen i chce odejść.
Problem polega na tym, że jej sytuacja przypomina trochę
sytuację figurki przywiązanej gumkami do dwóch przeciwstawnych
punktów – im bardziej kobieta zbliża się do jednego
bieguna, tym bardziej gumka wiążąca ją z biegunem przeciwnym
naciąga się i nie pozwala dojść do celu. Dlatego też
takie sytuacje mogą trwać bardzo długo.
Zazwyczaj w pracy z takimi osobami terapeuta pragnie
„obudzić” klientkę, uświadomić jej, że nic się nie
zmieni, że na przykład mąż będzie dalej pił. Czasami
jest to bardzo dobre czy wręcz jedyne wyjście. Minusem
takiego rozwiązania jest jednak to, że osoba nadal
nie ma dojścia do swojego jasnego snu, a przez to „wylewamy
dziecko razem z kąpielą” – uwolniwszy się z jednego
takiego układu, klient może zaraz potem wejść w identyczną
relację. Dlatego też ważne jest, aby przez jakiś czas
„śnić dalej”, ale tym razem już świadomie, żeby móc
w pełni uświadomić sobie wszystkie swoje marzenia dotyczące
związku i zdecydować, czy rzeczywiście chce się o nie
mocno zawalczyć w danej relacji czy też może szukać
ich spełnienia w innej. Pomocne bywa tu osiągnięcie
pozycji 'braku snu', miejsca poza continuum jasny –
ciemny sen, z którego z pewnym dystansem można przyglądać
się zmianom swoich uczuć i nastrojów.
Socjo-kulturowy kontekst relacji bywa czasem
głównym powodem trudności występujących w związkach.
Warto o nim powiedzieć kilka słów, gdyż coraz więcej
relacji cierpi z tego powodu. Pomyślcie o związkach
homoseksualnych albo o relacji pięćdziesięcioletniej
kobiety z dwudziestoletnim mężczyzną. Sama relacja
może być absolutnie świetna, jednak jej zanurzenie
w kontekst społeczny i kulturowy może sprawić, że pojawi
się między partnerami mnóstwo cierpienia i problemów.
Zwróćcie też uwagę na fakt, że w wielu społeczeństwach
ranga, pozycja zajmowana w związku przez mężczyznę
jest dużo wyższa niż ranga kobiety, a nieświadomość
tego faktu może powodować wiele trudności relacyjnych.
Ten poziom pracy relacyjnej dotyczy szeroko pojętego
braku równowagi sił, spowodowanego czynnikami wywodzącymi
się z kontekstu społecznego; ten brak równowagi może
mieć miejsce zarówno wewnątrz związku, jak i w jego
relacji wobec szerszego otoczenia. Wiąże się z tym
oczywiście problematyka nadużyć, gdyż zawsze tam, gdzie
istnieje nieświadomość braku równowagi sił, występuje
też potencjalna groźba nadużycia. Niestety, z braku
miejsca nie mogę zająć się tym niezwykle ważnym aspektem
relacji.
Praca na tym poziomie jest niezwykle trudna i osobiście
wątpię, czy bez głębokich przemian społecznych i kulturowych
możliwe będzie pełne rozwiązanie wielu problemów występujących
w konkretnych relacjach. Może to właśnie na tym poziomie
widać najwyraźniej, jak w pracy z procesem zacierają
się granice między jednostkami, relacją i szerszym
polem, ukazując wzajemną zależność zjawisk i, jak w
hologramie, obecność tego samego wzorca w każdym elemencie
całości.
Powróćmy więc do pytania postawionego w tytule: „Skąd
biorą się trudności w relacjach między ludźmi?” Wszystkie
kwestie, które próbowałem tutaj przedstawić, a więc
trudności wynikające z indywidualnej psychologii każdej
z osób, kłopoty występujące w komunikacji związanej
z procesami wtórnymi, kwestia tego, z czym dana relacja
się utożsamia bądź nie, jaki ma ona mit relacyjny,
w jaki społeczny i kulturowy kontekst jest zanurzona,
sprawa nieświadomości braku równowagi sił w związku,
nie w pełni doświadczone jasne i mroczne sny – wszystko
to są tylko fragmenty tego, jak w pracy z procesem
myślimy o relacjach. Zawsze też staramy się podkreślać,
że jedną z najważniejszych metaumiejętności terapeuty
w pracy z relacjami jest poszanowanie tajemnicy – świadomość,
że to, co dzieje się w danej relacji, a każda relacja
niesie w sobie niepowtarzalną jakość – nie jest czymś
w pełni wymiernym, co można wziąć do ręki i dokładnie
opisać. Sądzimy, że w relacjach istnieją czynniki,
których nawet najbardziej świadomy terapeuta może nie
widzieć lub których istnienie jest jedynie w stanie
przeczuwać. Jeżeli terapeuta o tym zapomni i będzie
miał poczucie, że wszystko o danej relacji już wie,
to frustracja partnerów, nawrót trudności relacyjnych
lub pojawienie się nowych kłopotów bardzo szybko przywrócą
go do rzeczywistości.
Nasze relacje trwają do końca życia i do końca życia
będziemy mieli w nich rozmaite trudności. Dzieje się
tak dlatego, że zmuszają nas one do rozwoju, a ten
nie ma chyba swojego punktu granicznego. Jest rzeczą
absolutnie fascynującą, że gdy pracujemy z ludźmi ciężko
chorymi czy nawet umierającymi, często wydają się oni
bardziej zainteresowani pracą ze swoimi relacjami niż
z symptomami fizycznymi. Wszystkie formy pracy z procesem
w odniesieniu do relacji łączy natomiast przekonanie,
że w związkach, na każdym z omawianych poziomów, dzieją
się różne rzeczy, z których tylko części jesteśmy świadomi,
i z których tylko częścią się utożsamiamy. Całą resztę
naszych doświadczeń próbujemy od siebie odsunąć i to
właśnie sprawia, że mamy kłopoty w relacjach. W istocie
tym, co podskórnie dzieje się w związkach i co próbuje
się w nich wydarzyć, jest sen, indywidualny, relacyjny
czy też społeczny sen, którego treścią są odszczepione
fragmenty doświadczenia. Zadaniem pracy z procesem
jest spojenie, zintegrowanie tych odłączonych elementów
i przywrócenie naturalnego przepływu ludzkich doznań.
Takie podejście jest w stanie sprawić, że życie stanie
się pełniejsze i bogatsze, co niestety nie znaczy,
że łatwiejsze. Sądzimy, że oznacza to również życie
na ruchomym gruncie; ale czymże innym w końcu są relacje
między ludźmi? Jedynie zmienność i płynność, praca
nad sobą i nad pełnymi napięć, ale też radości, relacjami
daje nam szansę na rozwój osobisty, możliwość głębokich
i satysfakcjonujących związków z innymi ludźmi oraz
zmiany społeczności, w której żyjemy.
Bibliografia
- Diamond, J. (1988). Patterns of Communication:
Towards a natural science of behaviour. Nieopublikowana
praca doktorska, Antioch University, Yellow Springs,OH.
- Diamond, J.(b.d.). Verbal and nonverbal
communication: A framework for analyzing information
and its channel. Nieopublikowana praca licencjacka,
Uniwersytet w Zurichu.
- Goodbread, J. H. (1989). Dreaming
up reality. A Process approach to countertransference. Praca
nieopublikowana.
- Mindell, A. (1985). Working with
the Dreaming Body. Harmondsworth: Penguin
Books. Wydanie polskie: (1991) O pracy ze śniącym ciałem, Warszawa:
Wydawnictwo Pusty Obłok.
- Mindell, A. (1987). The Dreambody
in Relationships. London: Routledge & Kegan
Paul. Wydanie polskie: (1992) Śniące ciało w
związkach. Warszawa: Jacek Santorski & Co.
Agencja Wydawnicza.
- Mindell, A. (1991). Sny żyją w naszym
ciele. Rozmowa z Arnoldem Mindellem. Miesięcznik
„i”, 4-5.
- Mindell, A. (1992). The Leader as
Martial Artist. An Introduction to Deep Democracy,
Techniques and Strategies for Resolving Conflict
and Creating Community. San Francisco: HarperCollins.
Wydanie polskie: (1995) Lider mistrzem sztuk
walki. Wstęp do głębokiej demokracji. Warszawa:
Wydawnictwo Medium.
- Reiss, G. (1993). The role of the disturber
in process oriented family therapy. The Journal
of Process Oriented Psychology, 5, 1 (Spring/Summer).
- Materiały z Intensive Course. Portland,
1996
|